Reklama

Pomyliłem się o 30 dni

Niedziela Ogólnopolska 41/2003

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

- Ksiądz Profesor miał okazję obserwować w Rzymie konklawe po śmierci Pawła VI...

Reklama

- Redakcja Tygodnika Powszechnego z Jerzym Turowiczem na czele debatowała, kogo z redaktorów wysłać do Rzymu, żeby przyglądał się temu wydarzeniu. Okazało się, że nikt z redakcji nie ma ani paszportu, ani wizy włoskiej. A trzeba było już jechać. Wtedy Turowicz zwrócił się do mnie z propozycją, czy ja bym nie pojechał. Nie byłem członkiem redakcji, ale miałem paszport i wizę. Znałem Rzym, bo studiowałem tam przez 4 lata, gdy pisałem doktorat. Pojechałem. Po pogrzebie Pawła VI przez 9 dni trwały tzw. novendiales, kiedy kardynałowie modlą się o spokój duszy zmarłego papieża i o trafny wybór następcy. Po Mszy św. spotykają się i rozmawiają na tematy Kościoła. Karol Wojtyła jako kardynał brał udział w tej nowennie. Mieszkaliśmy w Collegio Polacco na Awentynie. Gdy kard. Wojtyła wyjeżdżał na Mszę św., to ja jechałem z nim, bo chciałem pochodzić po Rzymie i dowiedzieć się, „co w trawie piszczy”. A w trawie piszczało: Benelli, Bertoli i Baggio. Trzech kardynałów kurialistów, którzy byli lansowani na następców Pawła VI przez całą prasę rzymską i przez wszystkich, którzy się znają na rzeczy. Trzy razy B. Chodziłem po tym Rzymie i rozmawiałem ze starymi kolegami, czytałem gazety, rozglądałem się, słuchałem. Trzeba było dla Tygodnika napisać jakiś artykuł. Po kilku dniach tych moich spacerów po Rzymie już wiedziałem. Któregoś dnia, kiedy wracaliśmy starym kolegiackim fordem z Watykanu do Collegio, spytałem Kardynała: - Czy kupiłeś bilet tam i z powrotem?, a on na to: - Tak. Kupiłem do Rzymu i z Rzymu do Krakowa. - Nie lepiej przekazać pieniądze biednym, a nie wydawać niepotrzebnie? On popatrzył na mnie zdziwiony. - Przecież będziesz wybrany na papieża, to po co ci bilet z powrotem? - Czyś ty zwariował?” - powiedział Wojtyła i postukał się w głowę.

- Dlaczego Ksiądz Profesor był tak pewny, że papieżem zostanie Karol Wojtyła? Co za tym przemawiało?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

- Miałem wiele argumentów. Wyjaśniłem Karolowi Wojtyle podczas rozmowy, jak do tego doszedłem. Powiedziałem: - Po pierwsze: jesteś człowiekiem środka. Ani nie jesteś zbytnio konserwatywny, ani zbytnio progresywny. Skrajności boją się wszyscy. Chcą umiarkowanych. Po drugie: jesteś człowiekiem pracującym z wiernymi, nie urzędnikiem. Bertoli, Baggio i Benelli to urzędnicy watykańscy. Oni nie wchodzą w rachubę. Po trzecie: jesteś człowiekiem znanym wśród kardynałów i biskupów. Co 2 lata jest spotkanie Synodu Biskupów i Ty za każdym razem jesteś wybierany do sekretariatu. Wszyscy przekonali się, jak jesteś mądry i jaki dobry organizator z Ciebie. Po czwarte: Ty jesteś z państwa, w którym duchowieństwo ostało się prawie nienaruszone po Soborze Watykańskim II. W wielu krajach doszło przecież do herezji posoborowej, księża odchodzili z kapłaństwa, zakonnice i zakonnicy - z klasztorów. A Polska wyszła z tego trudnego okresu obronną ręką. Niewątpliwie również dzięki Episkopatowi polskiemu, z Wyszyńskim i Tobą na czele, bo Ty byłeś jego zastępcą. Po piąte: miałeś przed rokiem rekolekcje watykańskie, po których zebrałeś znakomite opinie. Po szóste: jesteś z małego państwa. Nie chcą Amerykanina, bo zrobi z Watykanu jeszcze jeden stan Stanów Zjednoczonych. Nie chcą Niemca, bo wszyscy jeszcze pamiętają przeszłość niemiecką. Nie chcą Francuza, bo „sfrancuziałby” cały Watykan. A Polska jest takim dobrym krajem.
Ale te argumenty nie trafiały Kardynałowi do przekonania. W dniu rozpoczęcia konklawe (po południu) mieliśmy jeszcze rano Mszę św. w kaplicy kolegiackiej. On do mnie: - Powiedz homilię, bo ty krótko mówisz. A ja: - Nie powiem, bo to jest ostatnia Twoja jako kardynała. Następna będzie jako papieża.

- Wybrano jednak Jana Pawła I, ale przeczucia Księdza Profesora w końcu się jednak sprawdziły, chociaż z opóźnieniem...

- Tak. Po śmierci Jana Pawła I przyszedłem do kard. Wojtyły, prosząc o zezwolenie na kilkudniowy wyjazd do Münster, bo potrzebowałem posiedzieć w tamtejszej bibliotece uniwersyteckiej, aby dokończyć książkę Po co sakramenty. Zapytał mnie: - To nie jedziesz do Rzymu, aby obserwować konklawe? Odpowiedziałem: - Teraz jesteś Ty na placu na sto procent.
Gdy usłyszałem w telewizji, że na papieża został wybrany Karol Wojtyła, nie miałem zamiaru jechać do Watykanu. Jednak koledzy niemieccy wepchnęli mnie do samolotu i poleciałem na Mszę św. inauguracyjną. Byłem potem na poniedziałkowej audiencji dla Polaków. Wrzask, krzyk, szlochy. Sto lat. Niech żyje! Na zakończenie Papież przeszedł przez całą salę wzdłuż i nieoczekiwanie przeszedł przez salę w poprzek. Stałem w drugim rzędzie. I on mnie zobaczył. Wykrzyknął do mnie: „Miałeś rację, tylko się pomyliłeś o 30 dni”.
Dla mnie więc wybór Papieża-Polaka to nie było zaskoczenie.

- Księże Profesorze, Frossard twierdzi, że jest to Papież nie z Polski, ale z Galilei. Twierdzi również, że jest to Papież pierwszych wieków. Jak Ksiądz Profesor odniósłby się do tego stwierdzenia?

Reklama

- Napisałem książkę: Wielki Jan Paweł. Wykazuję tam, że jest już dwóch papieży wielkich: Grzegorz Wielki i Leon Wielki. A teraz jeszcze Jan Paweł II powinien być nazwany Wielkim. Dlatego że troszczy się nie tylko o katolików, nie tylko o chrześcijaństwo, nie tylko o religie Księgi. Nie tylko o wierzących, ale o wszystkich ludzi - tak wierzących, jak i niewierzących. To jest dążenie podstawowe Jana Pawła II: Chce z ludzkości zbudować jedną wielką rodzinę. Realizuje polecenie Pana Jezusa: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody” - czyli ogarniajcie swoją miłością, myślą, serdecznością cały świat, wszystkich ludzi żyjących na tym ziemskim globie.

- Czy Ksiądz Profesor dostrzega związek między osobowością Ojca Świętego a tragicznymi wydarzeniami, które go spotkały w dzieciństwie i młodości - chodzi o śmierć najbliższych, szczególnie ojca.

Reklama

- Karola Wojtyłę poznałem w 1940 r. w Krakowie. Mieszkał na Tynieckiej, ja na Madalińskiego. Domy dzieliła odległość 3 min. Przychodził do mnie dwa razy w tygodniu i dawał mi lekcje łaciny. Od razu dobrze się rozumieliśmy. Potem razem dojrzewaliśmy do kapłaństwa. Odkąd pamiętam, Karol odznaczał się zawsze pokojem wewnętrznym. Wszystko, co się działo, traktował z dużym dystansem Bożym. Ciężko przeżył śmierć ojca, który zastępował mu matkę, brata, siostrę. Ojciec też bardzo kochał Karola. Dla syna zrezygnował z Wadowic, gdzie miał mieszkanie, własne środowisko. Przyszedł do Krakowa, żeby być razem z nim, gdy ten zaczął studiować. Zamieszkał w domu rodziny żony. To była klitka. To było mieszkanie w suterenach, ciasne, ciemne. Mimo trudnych warunków, jakie mieli w Krakowie, ojciec nie wrócił do Wadowic. Wszystko to robił dla syna. Jego śmierć tak Karolem wstrząsnęła, że opuścił swoje mieszkanie na Tynieckiej i zamieszkał u zaprzyjaźnionej rodziny Kydryńskich przy ulicy Felicjanek. Po pogrzebie ojca codziennie chodził na cmentarz Rakowicki. Piechotą to spora odległość! Karol Wojtyła nigdy jednak nie poruszał w rozmowie tematu matki, ojca, brata. Teraz też do tego nigdy nie wraca, chociaż mówimy o wszystkim. To jest jakieś tabu, którego nie chce dotykać.

- Skąd w Janie Pawle II tyle siły, że potrafi się zmagać z dużym cierpieniem?

- Kiedy się patrzy na niego i widzi, w jakim stanie zdrowotnym jest teraz, to człowiek zadaje sobie pytanie: Czy nie byłoby lepiej, aby on sobie odpoczął? A tymczasem Jan Paweł II jeszcze nie powiedział wszystkiego, jeszcze wszystkiego nie napisał, jeszcze wszystkiego nie załatwił. On chce kontynuować pracę apostolską dopóki mu Pan Bóg pozwoli.
Przedtem, gdy szedł przez przedpokój do jadalni, dawał mi znać, klapiąc pantoflami. Spadały mu z pięt, tak klapał. Teraz, gdy patrzę, jak się posuwa z pomocą laski, staje w drzwiach, serce mi się kraje, a on pyta: „Co słychać w Polsce?”. Jednak gdy Papież siądzie za stołem, to jest ten sam, co dawniej. Rozmawia się z nim jak za dawnych czasów. Jest w pełni sił psychicznych. On doskonale widzi wszystkie sprawy, wie, czego potrzeba Kościołowi. Chce służyć mu jak najlepiej.

- Jak Ksiądz uważa, czy Papież w okresie Pontyfikatu zmienił się jako człowiek?

Reklama

- On był zawsze zdeterminowany na dobro. Chciał być aktorem, bo Mieczysław Kotlarczyk go uczył: „Aktorem być - to znaczy przekazywać ludziom piękno, ażeby byli lepszymi”. Wojtyła był początkowo przekonany, że tak chciałby żyć. Myślał o przyszłości Polski, dlatego działał w Teatrze Rapsodycznym Kotlarczyka wtedy, kiedy nie było wolno jeszcze niczego wystawiać. Pisał poezję wtedy, gdy nie wolno było jeszcze drukować. On wiedział, że okupacja się skończy, a wojna będzie wygrana. Tymczasem w 1940 r. spotkaliśmy Jana Tyranowskiego, krawca, a jednocześnie mistyka, oczytanego w dziełach Jana od Krzyża i Teresy z Avili, który z głębokim zrozumieniem uczył nas modlitwy. On wywarł na Wojtyłę i na mnie zasadniczy wpływ. Tyranowski pokazał Wojtyle inną drogę, przez którą można świat ulepszać duchowo w bezpośrednim działaniu. Nie przez sztukę, ale przez duszpasterstwo. Karol Wojtyła w to uwierzył i to realizował i realizuje w dalszym ciągu. Można czynić ludzi lepszymi przez kontakt duszpasterski.

- Jak Ksiądz Profesor postrzega Papieża jako człowieka humoru?

- On jest zawsze nie tylko pogodny, nie tylko pogodnie nastawiony, ale wciąż towarzyszy mu ten żartobliwy, serdeczny, ciepły ton. To nie są jakieś uśmiechy, dowcipasy, tylko pogodny sposób prowadzenia rozmowy.

- Czy krąg przyjaciół Papieża jest duży?

- Tych kręgów bliższych i dalszych przyjaciół Papieża jest bardzo wiele. Na różnych etapach życia Karol Wojtyła był związany z różnymi osobami. Ma świetną pamięć. Znakomicie pamięta imiona, nazwiska, rozmaite szczegóły. Chętnie przypomina, kiedy się z kimś spotkał, kiedy ktoś coś powiedział, kiedy i jak się zachował. Wciąż jest ciepły dla ludzi. Ludzie, nawet obcy, którzy przyjechali po raz pierwszy do Watykanu, czują się tak, jakby dla Papieża podczas audiencji nie istniał świat, jakby byli tylko oni. To jest bardzo charakterystyczne. Papież całym sercem skupia się i koncentruje na swoim rozmówcy - na tym, który właśnie przyszedł.

- A gdyby Ojciec Święty uprawiał zawodowo sport, to w jakiej dyscyplinie byłby mistrzem?

Reklama

Jesteśmy w przedpokoju, ja stoję obok niego i mówię: - Biegi się skończyły, narty się skończyły. A on: - Ale jest pływanie. Podczas Soboru, w weekendy, często kąpaliśmy się w morzu. Podczas konklawe za Pawła VI chodziliśmy popływać do sąsiadów - księży, którzy mieli basen z wodą przepływową z gór. Ja byłem wykończony tym pływaniem. Miałem też dość skakania do wody, a on dalej pływał tam i z powrotem. Taką miał kondycję. Lubi wodę, lubi pływać.

- Jaki prezent zawiózłby Ksiądz Profesor Ojcu Świętemu na 25-lecie Pontyfikatu?

- Jak zwykle - swoją najnowszą książkę. Zresztą już mu wysłałem publikację pt. Wielki Jan Paweł.

- Dziękujemy za rozmowę.

2003-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Polak współtworzył muzykę Mszy św. Leona XIV w Paryżu

2026-10-01 07:16

[ TEMATY ]

muzyka

Autorstwa ElenaDelaporte/commons.wikimedia.org

Karol Mossakowski

Karol Mossakowski

Karol Mossakowski, polski organista tytularny kościoła Saint-Sulpice w Paryżu, znalazł się w zespole odpowiedzialnym za przygotowanie muzyki liturgicznej podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej przez papieża Leona XIV 26 września na paryskim Place de la Concorde i Polach Elizejskich.

Jego udział był jednak znacznie większy, niż wynikało z pierwszych oficjalnych informacji. Szczegóły swojej pracy organista przekazał bezpośrednio redakcji „Muzyka w diecezji”. Cytując informacje przekazane przez Karola Mossakowskiego, prosimy o podanie źródła: Muzyka w diecezji – muzykawdiecezji.pl.
CZYTAJ DALEJ

Realizm duchowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Niedziela Ogólnopolska 28/2005

[ TEMATY ]

święta

pl.wikipedia.org

Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę - czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii. Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”. Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość, nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia. Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu. Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie. Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło. Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu, albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości. Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością. Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę, że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
CZYTAJ DALEJ

Milion dzieci wraz Leonem XIV modli się o pokój

2026-10-01 18:40

[ TEMATY ]

dzieci

różaniec

Papież Leon XIV

Vatican Media

Papież Leon XIV modli się na różańcu

Papież Leon XIV modli się na różańcu

O pokój dla dzieci żyjących w krajach ogarniętych wojną modli się dziś wieczorem wraz z Ojcem Świętym milion dzieci na całym świecie. „Pięćdziesiąt milionów «Zdrowaś Maryjo» wznosi się do Nieba ze wszystkich stron i we wszystkich językach świata” - zaznaczył papież podczas spotkania z dziećmi i ich rodzinami przy Grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich. Było tam obecnych 1300 osób.

Leon XIV zachęcając najmłodszych do wspólnej modlitwy różańcowej w intencji pokoju podkreślił, że jest to prosta modlitwa, którą może odmawiać każdy. Przypomniał sceny z życia Jezusa rozważane w tajemnicach światła: chrzest w Jordanie, cud w Kanie Galilejskiej, głoszenie Królestwa Bożego, przemienienie na górze Tabor oraz ustanowienie Eucharystii podczas Ostatniej Wieczerzy.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję