Mariusz Rzymek: - Kiedy dostaliście sygnał, że jesteście potrzebni w walce z żywiołem?
Piotr Micor: - Taka informacja pojawiła się 16 maja, w niedzielę wieczorem. Nazajutrz, o 7 rano włączyłem się do akcji. Do domu wróciłem za to we wtorek ok. godz. 17. Z każdym kolejnym dniem na szczęście było już bardziej normalnie.
- W tych najgorętszych chwilach był czas na sen?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
- W nocy z poniedziałku na wtorek zdrzemnąłem się ze trzy godziny i znów wróciłem do służby. Roboty było wtedy dużo, ale nie powiedziałbym, by była zbyt ciężka. W pierwszy dzień ewakuowaliśmy ludzi łódką, a później odpompowywaliśmy zalane piwnice, udrażnialiśmy mosty, zabezpieczaliśmy wały i dobytek powodzian oraz dowoziliśmy im żywność.
- Skąd mieliście łódkę do ewakuacji ludzi?
- Od jednego z gospodarzy. Ten człowiek widząc, co się dzieje, wypożyczył nam metalową łódkę, którą wypływał na staw i karmił ryby. Wsiadając do niej planowaliśmy jedynie zrobić rekonesans i zorientować się w sytuacji. Szybko okazało się jednak, że musimy zweryfikować plany i zabrać się do ewakuacji ludzi.
- Gdzie wtedy działaliście?
Reklama
- Był to Zabrzeg i Ligota Ochodza. W niektórych miejscach, do których dopływaliśmy poziom wody sięgał aż 3,5 m. Przy jednym z domostw zanurzyliśmy do połowy dwumetrowe wiosło i okazało się, że jego koniec dotyka zaledwie płotu. W takich warunkach ewakuacja ludzi była koniecznością.
- Ludzie z wielkimi oporami opuszczali swoje domy?
- Jakoś specjalnie nikogo nie musieliśmy do tego nakłaniać. Mieszkańcy sami widzieli, co się dzieje i nie oponowali. Raz tylko mieliśmy taką sytuację, że młode małżeństwo postanowiło zostać w domu. Po dwóch godzinach otrzymaliśmy jednak od nich telefon z prośbą o ewakuację. Myślę, że uzmysłowili sobie, iż specjalnie nikt do nich co cztery godziny nie będzie podpływał, by zorientować się czy ich jeszcze nie zatapia albo czy wciąż mają żywność i coś do picia. Po prostu przekonały ich realia.
- Wielkie emocje towarzyszyły ewakuacji?
- Różnie to bywało. Jedni byli pogodzenie z losem, a inni kompletnie zrozpaczeni. Najgorzej przeżywały to kobiety. Wśród pań, mieliśmy właśnie taki bardzo ciężki przypadek. Kobieta, której powódź zniszczyła dom, wpadła w histerię i nie sposób ją było uspokoić. Później dowiedzieliśmy się, że dom, który straciła, miała zaledwie pięć lat.
- Jak reagowały zwierzęta na przymusową przeprowadzkę?
Reklama
- Do przewożenia zwierząt gospodarczych nie byliśmy oddelegowani. Raz tylko zdarzyło się, że wraz z ludźmi przewoziliśmy ich psa. Azor zachowywał się w łódce bardzo spokojne, a dopiero przy wysiadaniu był z nim mały kłopot. Po prostu bał się wody i za nic nie chciał wyjść. Na szczęście jego właściciel stanął na wysokości zadania i wywabił zwierzę z łódki.
- Łódka, z której korzystaliście przy ewakuacji nie była duża. Jak wam się nią pływało po takim ogromie wody?
- Nie było z tym żadnych problemów. Fala powodziowa, która m.in. w Zabrzegu i Ligocie utworzyła wielkie rozlewisko, stała w miejscu. Jedynym problemem przy przepływaniu były małe wiry. Gdy się w takie wpadło, kręciły łódką we wszystkie strony. Trzeba było włożyć wiele wysiłku żeby się z nich wydostać.
- Podczas takich kataklizmów ludźmi rządzą skrajne emocje. Często dostawało się wam od osób, które nie potrafiły nad sobą zapanować?
- Były dwie grupy osób: jedne skupione na sobie, a drugie, wręcz odwrotnie. Tych pierwszych było na szczęście niewiele. Niemniej zdarzało się, że wylatywano na nas z gębą. Ktoś tam pomstował, że jesteśmy za późno, że wcześniej powinniśmy być. Inny narzekał, że nie przyjeżdżamy mu wypompować 20 cm wody z piwnicy. Takim osobom nie dało się wytłumaczyć, że roboty jest bardzo dużo i że są znacznie bardziej poszkodowane domy, i do takich w pierwszym rzędzie musimy pojechać. Były to jednak przypadki marginalne. Większość osób reagowała zupełnie inaczej. Wielokrotnie słyszeliśmy od mieszkańców podtopionych domów, byśmy nie tracili czasu i ruszali z pompami gdzie indziej. Tłumaczyli nam, że poziom wody obok budynków jest tak duży, że piwnic i tak nie da się uratować.
Reklama
- W jakim budynku pracowaliście najdłużej?
- W podziemiach dworca kolejowego w Czechowicach-Dziedzicach. Woda wdarła się do jego piwnic przez małe okienka położone na wysokości niewiele wyższej od poziomu ulicy. Wystarczyło, że gdzieś w pobliżu dworca wybiło kanalizację i jego podziemia zostały zaraz podtopione. Wtedy mieliśmy do czynienia z wodą o głębokości około 1,2 m.
- Przy takim ogromie wody łatwo było o błąd, który mógł kosztować życie.
Reklama
- Podczas tej powodzi raz omal nie otarłem się o śmierć. Miałem akurat za zadanie otworzyć śluzę i omal się przy tym nie utopiłem. Było to na granicy Czechowic i Goczałkowic, około stu metrów od krajowej jedynki. Wchodziłem do wody, która sięgała mi do klatki piersiowej i mimo iż pilotowali mnie ludzie, którzy znali topografię terenu, ześlizgnąłem się w głąb rowu. W ostatniej chwili chwycił mnie za rękę brat, który także jest strażakiem, i uratował życie. Kobieta, która nakierowywała mnie na śluzę, krzyknęła tylko: przepraszam, zapomniałam panu powiedzieć, że jest tam dwumetrowy spad. Gdybym stoczył się w głąb, wodery, w które byłem ubrany zalałyby się wodą i pociągnęły na dno. Wtedy nie miałbym szans na ratunek. Na szczęście, w momencie, gdy grunt obsunął mi się spod nogi, błyskawicznie zostałem wyrwany z opresji. A co do śluzy, to okazało się, że jest ona otwarta. Problem polegał na tym, że została zamulona i woda ze zbiornika, który sąsiadował z Wisłą nijak nie mogła przelać się do rzeki.
- Z pomocą powodzianom szli nie tylko strażacy, ale też wojsko i inne organizacje społeczne. Udział których z nich najbardziej cię zaskoczył?
- Na mnie niesamowite wrażenie wywarli harcerze. I nawet nie chodzi o to, że zjawili się w tak szczególnych okolicznościach, ale o to, że mieli tak mało lat. Widziałem 10, 12-latków w mundurkach, którzy ładowali worki z piaskiem i starali się pomóc najlepiej jak potrafili. Równie wiele dobrego mógłbym powiedzieć o osobach postronnych, które zgłaszały się by ratować poszkodowanych.
- Jak sądzisz, co można było zrobić żeby ograniczyć zasięg podtopień?
- Może gdyby, zanim nadeszła główna fala powodziowa, spuszczono więcej wody ze zbiornika w Goczałkowicach, nie byłoby tak wielkich spustoszeń. A tak to 370 kubików wody na sekundę wlewało się do jeziora, a zaledwie 220 kubików wody na sekundę go opuszczało. Efekt tego był więc taki, jaki każdy widział.