Mariusz Rzymek: - Tydzień żałoby narodowej, jak podkreślało wielu komentatorów, przyczynił się do wzrostu nastrojów patriotycznych w narodzie. Jednym z objawów tego miało być wzmożone zainteresowanie posiadaniem flagi państwowej. Czy tak było w istocie?
Jadwiga Górkiewicz: - W trakcie trwania żałoby narodowej rzeczywiście w ludziach obudziła się potrzeba posiadania flagi narodowej. Ze sklepów i z magazynów zaczęły znikać jej zapasy, a my nie nadążaliśmy z produkcją nowych. Z tego powodu zdecydowaliśmy się zwiększyć nasze moce produkcyjne. Żeby każdy, kto tylko chciał, mógł kupić flagę, zaangażowaliśmy dodatkowych pracowników. W tym najgorętszym okresie, nadplanowo pomagało nam ok. 20 szwaczek, które szyły dla nas poza zakładem. Zamówień było jednak tak dużo, że praca trwała od 6 rano do 20.
- Ta sytuacja postawiła na nogi całą kadrę pracowniczą?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
- Wszyscy pracowaliśmy dwa razy dłużej niż zazwyczaj. Flagi nie tylko trzeba było przecież uszyć, ale i dostarczyć do odbiorców oraz zatroszczyć się o materiał do zrobienia nowych. Cała załoga była w ten proces bardzo zaangażowana.
- Mocno wzrosła sprzedaż w dniach żałoby narodowej?
Reklama
- Sprzedaż dochodziła niekiedy do kilku tysięcy sztuk dziennie. Ciężko jednak mówić o konkretach, bo ze względu na stały obrót, jeszcze tego dokładnie nie sprecyzowaliśmy.
- Co może Pani powiedzieć o klientach nabywających flagi państwowe?
- Do naszego przyzakładowego sklepu, który specjalnie otwarliśmy na tę okoliczność, trafiali bardzo różni klienci. Jedni brali po kilka flag, inni po pięćset, tysiąc sztuk. Interesujący był przedział wiekowy naszych nabywców. Tutaj naprawdę mieliśmy niemal cały przekrój społeczny. Obok osób starszych trafiło do nas bardzo wielu ludzi młodych, nawet takich, którzy jak sądzę, uczą się jeszcze w szkole podstawowej. Część klientów w średnim wieku przychodziło ze swoimi małymi dziećmi. Myślę, że w ten sposób uczyli ich patriotyzmu. Pamiętam taką sytuację, jak może sześcioletnia dziewczynka, bez żadnego trudu odróżniła flagę od bandery. Widać było, że szacunek do symboli narodowych miała wpajany od maleńkości.
- Jakie rozmiary flagi cieszyły się największą popularnością?
Reklama
- Taka typowa flaga o rozmiarach 70 x 100 cm była najbardziej „chodliwa”. Zaraz po niej dużym wzięciem cieszyły się małe flagi na samochody. Właśnie po taką zjawił się u nas Łukasz Golec, który kilka dni wcześniej nabył flagę o tradycyjnych wymiarach. Wspominał wtedy, że był ze swoją rodziną pożegnać Parę Prezydencką w Warszawie. Ze względu na dzieci i na konieczność 14-godzinnego oczekiwania na dostanie się do Pałacu Prezydenckiego, zrezygnował ze stania w kolejce. Znicze jednak zapalił. Do Krakowa na pogrzeb też zamierzał się wybrać z rodziną. Jak mówił, w jego oczach Lech Kaczyński był „mega-człowiekiem” i takiego drugiego mieć nie będziemy. Twierdził, że bardzo go cenił i szanował.
- Skoro rozmawiała Pani z Łukaszem Golcem w sklepie, to wnioskuję, że ze względu na potrzebę chwili, zastępca prezesa wziął na siebie obowiązki sprzedawcy.
- Każdy z nas musiał angażować się na różnych poziomach produkcji. Pracy było bardzo dużo i gdybyśmy tak nie robili, to nie bylibyśmy w stanie dać sobie rady.
- Gdy umarł Jan Paweł II, po flagi państwowe zgłosiła się do waszego sklepu podobna ilość nabywców, co teraz?
- Pod względem ilości chętnych było bardzo podobnie. Jedyna zauważalna różnica dotyczy tylko wieku nabywców. Wtedy, w chwili śmierci Papieża, większość stanowiły osoby starsze, a teraz grupa klientów była bardziej zróżnicowana.