Reklama

Pandemią przez świat

O pandemii będziemy opowiadać jeszcze długo. Czy zamknięcie w domach nas zmieniło? O tym, jak to wyglądało w różnych zakątkach świata, można przeczytać poniżej...

Niedziela Ogólnopolska 23/2020, str. 50-52

Wojciech Dudkiewicz

Alicja ma nadzieję, że wkrótce będzie mogła wrócić do swojego życia sprzed pandemii

Alicja ma nadzieję, że wkrótce będzie mogła wrócić do swojego życia sprzed pandemii

Bezdomni z Jaworzna zamiast udać się na zaplanowaną pielgrzymkę pieszą do Ziemi Świętej – okrążali teren ogrodu i kościoła kilkaset razy dziennie. Użytkownicy mediów społecznościowych podejmują kolejne wyzwania: rapują, polecają dobre filmy, nagrywają filmiki. Artyści wspólnie śpiewają niezapomniane songi. A jak w dobie koronawirusa radzą sobie zwyczajni zjadacze chleba? Zapytałam o to kilka osób z różnych części świata – od górskiej wioski, przez centralne Włochy, po kongijski busz. Od studentki, przez wielodzietną rodzinę, po seniorkę.

Studentka

Decyzję musiała podjąć w momencie. O zamknięciu polskich granic dowiedziała się w nocy, kiedy była jeszcze w pracy w angielskim Hull, gdzie studiuje marketing. – Wia?zało sie? to z natychmiastowym kupieniem biletu do Berlina, skąd później odebrał mnie tata – opowiada Alicja. – Z zostawieniem uczelni, poinformowaniem szefa i kolez˙anek, z˙e od następnego dnia nie be?dzie mnie w pracy, a chłopaka – z˙e nie wiem, kiedy zno´w sie? zobaczymy. Była to dla mnie bardzo stresuja?ca decyzja. Czułam, że muszę albo zostawić moje dotychczasowe z˙ycie i plany i wro´cic´ do Polski, albo wyjechać stamtąd z jedna? tylko walizka? i nadzieją, z˙e wszystko jakos´ sie? ułoz˙y i znów będę mogła być w Hull...

Na szczęście mogła liczyć na rodziców i zrozumienie chłopaka. Również uczelnia – mimo wcześniejszych obaw Alicji, czy w ogóle uda jej się skończyć semestr – tydzień później zdecydowała się na zdalne nauczanie. Teraz więc uczy się przed monitorem komputera jak wszyscy polscy studenci, zalicza kolejny rok, nadrabia czas z rodziną, którego przez ostatnie 2 lata nie miała, i... ma nadzieję, że niedługo znów będzie mogła się spakować w tę jedną walizkę.

Reklama

Seniorka

Jak zawsze szykowała się na świąteczny dom pełen rodziny. Miała być gromada ukochanych wnuków, córka z mężem stęsknieni za polską Wielkanocą. Nie mieli jak dojechać – europejskie granice pozamykane. Pod koniec maja br. z kolei zaplanowała wyjazd do Newcastle na obronę pracy magisterskiej swojej wnuczki. Maj minął, ona w domu, a wnuczka obroniła się przez internet. – Może to i dobrze, bo siły już nie te, a ja nie usiedzę w miejscu, jestem chłonna zwiedzania. Trzeba kiedyś w końcu powiedzieć „basta” – zastanawia się prawie 80-letnia pani Barbara.

Przez czas kwarantanny starała się radzić sobie sama. Problemy, zwłaszcza zdrowotne, trochę jej się spiętrzyły – ciśnienie nie takie jak trzeba, inne schorzenia, wypadek w łazience, którego skutki czuje do dziś, wizyty u lekarzy specjalistów nienależące w dobie pandemii do najbardziej wyczekiwanych... Mimo wszystko pozytywnie podchodzi do życia i nie daje się lękowi. Doceniła nareszcie bożonarodzeniowy prezent – tablet, dzięki któremu teraz może się łączyć ze swoimi najbliższymi i widzieć, czym żyją, jak wyglądają. Czas stara się wykorzystywać maksymalnie. – Zajęłam się robótkami – opowiada wrocławianka. – Naszyłam wnuczkom ubranek dla lalek, zrobiłam bliskim szaliki już na Boże Narodzenie jako pamiątkę po babci. Poczytałam więcej Pisma Świętego. Zaczęłam już chodzić do kościoła – to jednak zupełnie inny kontakt z Panem Bogiem niż przez telewizję. Dużym wytchnieniem jest dla mnie balkon. Jako botanik nie wyobrażam sobie życia bez roślin. Jest więc ich pełny – od rozmarynu i mięty po rośliny kwitnące. Mam z nimi niemal uczuciowy kontakt. Ten mój ogród w pigułce to całe moje życie. Radzę więc sobie, jak mogę, i ufam.

Matka

– Na początku kwarantanny wszyscy tylko jedli i jedli. Nie wychodziłam z kuchni: gotowałam, przygotowywałam. Nauka zdalna to dla mnie zdecydowane ułatwienie życia – z humorem mówi Marta, mama piątki dzieci w wieku od roku do czwartej klasy podstawówki, w tle z dodatkowymi zajęciami w szkole muzycznej najstarszych w sąsiedniej miejscowości. – Mój mąż uczy informatyki. Na pracę zdalną poświęca dużo więcej czasu niż wcześniej. Do tego dochodzi mnóstwo telefonów z prośbą o pomoc – w końcu informatyk to teraz zawód na topie. Na szczęście sytuacja się stabilizuje.

Reklama

Mieszkają na odludziu, tuż przy słowackiej granicy. Domy porozrzucane daleko od siebie, zupełnie bezpiecznie mogli więc iść na spacer całą gromadką. – Przymusowy czas w domu dobrze zadziałał na dzieci, jeszcze bardziej zżyły się ze sobą, nauczyły się gospodarować czasem. Moja czwartoklasistka na Skypie kontaktuje się z babcią matematyczką, która wyjaśnia jej wszelkie zawiłości przedmiotu. Młodsza z kolei wymaga nadzoru mamy, zobaczyłam więc lepiej, jak pracuje. Trochę inaczej poznałam swoje dzieci, zwłaszcza jeśli chodzi o naukę.

Podstawowy mankament to niewielki kontakt z innymi dziećmi. A jedyny kontakt społeczny w przypadku dorosłych – to kościół. Uczyli się, jak uczestniczyć we Mszy św. Rano chodził tata, w ciągu dnia cała rodzina przed telewizorem, mama wieczorem. Teraz szukają miejsc, gdzie Eucharystię można przeżyć z dziećmi na zewnątrz.

Co jeszcze? – Zawsze staraliśmy się, żeby dzieci miały mały kontakt z internetem. Teraz jest to niemożliwe. Niefajne jest też to, że różnorodne media podają sprzeczne informacje na temat koronawirusa, które wprowadzają zamęt. Nie wiadomo więc, czego się trzymać.

Ojciec

Mieli wszystko idealnie zaplanowane. Nagle czas się zatrzymał. Strach o siebie, a zwłaszcza o nienarodzone jeszcze dziecko. Przecież to właśnie we Włoszech epidemia zaczęła zbierać największe w Europie śmiertelne żniwo. Brak wizyt kontrolnych, jedynie konsultacje telefoniczne. Jak sobie teraz poradzą? Czy żona będzie rodziła w domu? – Termin za miesiąc, więc żyliśmy nadzieją, że to wszystko minie – mówi Matteo. – Jednak nie tym razem. W nocy żona poczuła się źle. Mimo całkowitego zakazu przemieszczania się rano zdecydowaliśmy się jechać do najbliższego szpitala. Jedzie z nami nasz 10-letni syn. A tam wszyscy w kombinezonach i przyłbicach jak ufoludki. Żona mimo bólów porodowych przechodzi całą procedurę. Nie mogę iść razem z nią. Drugie piętro jest zajęte przez osoby chore na COVID-19. Po długich prośbach dostaję się na oddział położniczy. Syn zostaje w samochodzie – strażnik obiecuje, że będzie miał go na oku. Synek urodził się miesiąc przed terminem. Słyszę piękną sygnaturkę: Zdrowaś Maryja. Spoglądam przez okno. W oddali Morze Adriatyckie, pod oknem ulica, która oddziela szpital od klasztoru Kapucynów w San Giovanni Rotondo. Będzie dobrze. Ojciec Pio pomoże.

Do szpitala, gdzie żona z dzieckiem są jeszcze przez tydzień, Matteo przyjeżdża każdego dnia. Musi uważać, bo wokół zakażenia i śmierć. Zahacza o pusty teraz kościółek, w którym stoi słynny konfesjonał Ojca Pio. – Ojcze Pio, dziękuję za drugiego syna, za rodzinę i ten święty czas przestoju i ciszy. Mamy więcej siebie nawzajem. Wszystko inne może poczekać. Są teraz ważniejsze sprawy.

Misjonarka

Siostra Anna ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w normalnej sytuacji szykowałaby się właśnie do wyjazdu na urlop do Polski. Teraz jej myśli krążą raczej wokół chorych, którzy ze względu na zamknięte granice zostali odcięci od możliwości przyjęcia kolejnej dawki chemioterapii. Do tej pory z Demokratycznej Republiki Konga na leczenie jeździli do Rwandy. – U nas, w Kongo, nie ma potrzebnych leków ani żadnego ośrodka onkologicznego – opowiada. – Udało nam się, na szczęście, znaleźć lekarza, który podjął się leczenia. Rwanda udostępniła składniki chemii i przez znajomości dotarły na naszą stronę. Nie wiemy, na jak długo wystarczą...

Granice zamknięte, ceny żywności poszybowały w górę. Młodzież pozbawiona nauki i jakichkolwiek zajęć zaczyna się łączyć w bandy i okradać domy, zbiory z pól. Do kongijskiego buszu nie dociera żadna pomoc. Nie ma masek ani środków dezynfekujących. – W mentalności tutejszych ludzi jest oszczędzanie na wszystkim: edukacji dzieci, zdrowiu, higienie. Jeśli mają do wyboru kupno mydła czy jedzenia, wybiorą to drugie, żeby nakarmić rodzinę. Poza tym – jak mają się izolować, skoro tu wszystko dzieje się na zewnątrz: kuchnia, pranie, zabawy dzieci, kran z wodą, prysznic... W domu tylko śpią.

Plusy? – Nie uczę licealistów katechezy ani nie prowadzę przedszkola, mam więc czas na systematyczną i bardziej intensywną naukę języka suahili. A nasze postulantki, które nie mogą wrócić do Rwandy, są u nas i uczą się piec chleb, kisić kapustę, gotować i... uprawiać nasze warzywa: marchew, buraki czy sałatę.

Opiekunka

– Jestem w szczególnej sytuacji niezwiązanej z pandemią – opowiada Agnieszka z Międzynarodowego Ruchu Dobroczynnego „Betel”. – Stan zdrowia chłopca z zespołem Downa, który ma 59 lat, a więc jest już staruszeczkiem, od półtora roku jest coraz gorszy. W kwietniu br. przeszedł obustronne zapalenie płuc. Po powrocie ze szpitala już nie wstaje i wymaga całościowej opieki. Czy pandemia byłaby czy nie, to od paru miesięcy i tak nie wychodzę z domu na dłużej, bo jestem przy Sławku.

Agnieszka prowadzi dom z osobami niepełnosprawnymi umysłowo na południu Polski. Codzienne warsztaty terapii zajęciowej jej podopieczni musieli zamienić na dom i zajęcia organizowane przez nią. Ci, którzy kiedyś nie mieli możliwości uczestniczenia w warsztatach, czas kwarantanny przeżywają lepiej. Pozostali się nudzą, nie mogą sobie znaleźć miejsca, są kapryśni, pobudliwi. Zupełnie jak dzieci 5-, 6-letnie, bo taki jest poziom ich inteligencji.

– Obecność chłopców w domu jest dla mnie błogosławieństwem. Dwaj z nich są na tyle silni, że pomagają mi fizycznie w przenoszeniu Sławka i opiece nad nim. Dzięki temu nie ma takiej chwili w ciągu dnia, żeby Sławek był sam. Zawsze są przy nim dwaj chłopcy. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłam do końca, że trwa pandemia.

***

Każdy z nas mógłby opowiedzieć swoją historię albo jej fragment z życia swoich bliskich czy przyjaciół. Byłyby i te bardziej pozytywne, i te z bardziej dramatyczną fabułą. Kiedy to wszystko wróci do normy? Nikt, niestety, nie potrafi odpowiedzieć. Nie wiemy nawet, jak będzie wyglądać sytuacja, kiedy ten artykuł trafi do rąk naszych czytelników. Pewne jest jedno: mamy duży wpływ na to, jakie zakończenie będzie miała historia każdego z nas...

Niektóre imiona na prośbę bohaterów zostały zmienione.

2020-06-03 08:44

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Formacja duchowa na opak [FELIETON]

2020-09-20 08:00

BOŻENA SZTAJNER

Proszę Państwa, wielkie zwycięstwo! Dobrzy ludzie z Prawa i Sprawiedliwości do spółki z innymi dobrymi ludźmi z Koalicji Obywatelskiej i Lewicy nareszcie ukrócili cierpienia zwierząt. W końcu to sprawa formacji duchowej, jak raczył to określić złotousty Marek Suski. Ciekawym tylko, cóż to za formacja duchowa, która stawia priorytety swojej polityki tak, jak to robi partia Pana Suskiego. Biorąc jednak przykład z Prawa i Sprawiedliwości najpierw pochylimy się nad  „Piątką dla zwierząt”.

Mimo zapewne dobrych intencji, ustawa ta niesie za sobą poważne konsekwencje dla polskiej gospodarki, szczególnie rolnictwa. Ekspresowe tempo procedowania nie sprzyja temu, aby na chłodno przemyśleć i przeanalizować wprowadzane przepisy. Dlaczego hodowla norek na futra będzie zakazana, ale hodowla królików już nie? Skąd absurdalny pomysł nadania praw organizacjom prozwierzęcym do wchodzenia na teren cudzej posesji w asyście policji i do odbioru zwierzęcia? Dlaczego zamiast poprawić standardy chowu zwierząt futerkowych, zamyka się naraz całą branżę? Czy największy kryzys gospodarczy od lat to dobry moment na podcinanie skrzydeł polskiej gospodarce? I takie pytania można dalej mnożyć.

Piątka dla zwierząt daje także paliwo radykalnym obrońcom „praw zwierząt”. Celowo ująłem to w cudzysłów, gdyż idea praw zwierząt jest wysoce kontrowersyjna. Przychylam się do stanowiska brytyjskiego filozofa Rogera Scrutona, że skoro zwierzęta nie mogą być podmiotem obowiązków moralnych, to tym samym nie można przyznać im praw. Po prostu nie są osobami. W żadnym stopniu nie wyklucza to oczywiście troski o dobrostan zwierząt. Nie jest jednak żadną tajemnicą, że na tym żądania prozwierzęcych aktywistów się nie kończą. Zabijanie zwierząt nie jest przecież nigdy niczym przyjemnym, więc dlaczego mamy poprzestać na zwierzętach futerkowych i uboju rytualnym? Nie brak również takich głosów jak Pani dr Spurek, dla której „krowy są gwałcone, żeby mogły dawać mleko”. Krok po kroku - modelowa taktyka salami.

Samym sednem problemu nie jest jednak przegłosowanie tej ustawy, lecz ignorowanie fundamentalnych i wciąż od 5 lat nierozwiązanych kwestii. Każdy racjonalnie myślący człowiek zgodzi się chyba, że ochrona życia ludzkiego jest sprawą pierwszorzędną, zaś ochrona życia zwierząt – drugorzędną. W działaniach partii rządzącej widzimy natomiast całkowite odwrócenie tego porządku. No bo jak inaczej patrzeć na zapał i tempo, z jakim przeprowadzana była „Piątka dla zwierząt”? Jak inaczej patrzeć na narzucenie dyscypliny partyjnej w tej sprawie, na karanie posłów nieposłusznych instrukcjom prezesa, na szantaż moralny? To, jak kluczowa jest ta ustawa dla partii rządzącej pokazuje jednak przede wszystkim fakt, że spór wokół niej postawił pod znakiem zapytania przyszłość koalicji.

Przypomnijmy sobie teraz i porównajmy, jak to wyglądało, kiedy w Sejmie procedowane były projekty ustawy ograniczające zabijanie dzieci poczętych (o innych istotnych sprawach z litości nie wspomnę). Zarówno w poprzedniej jak i obecnej kadencji ustawy trafiły do komisji, które stały się „zamrażarkami”, aby tam sobie leżały i nie robiły problemów partii, która przecież odwołuje się co rusz do nauczania Kościoła, a najbardziej żarliwie podczas kampanii wyborczych. Oczywiście nie muszę wspominać, że żadnej dyscypliny partyjnej nie było, a każdy poseł w tym przypadku mógł się cieszyć wolnością sumienia. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują zatem, że dla rządzących ochrona życia ludzi<ochrona życia zwierząt, nieprawdaż? 

Jak długo jeszcze będziemy tolerować obłudę i tchórzostwo Prawa i Sprawiedliwości humorystycznie zwanego prawicą? Ile jeszcze będziemy kiwać głową, kiedy będą nam wmawiać, że na ochronę życia poczętego jeszcze nie czas? Jak długo będziemy żyć złudzeniami, że życie ludzkie jest dla nich ważniejsze niż życie zwierzątek? Czy nasze milczące przyzwolenie na taki stan rzeczy nie powinno być dla nas wyrzutem sumienia? Czy nie powinno być wyrzutem sumienia dla całego Kościoła i wszystkich ludzi dobrej woli? Kiedy to w końcu my, a nie prezes, zażądamy od naszych przedstawicieli dyscypliny w rzeczywiście najważniejszych, niecierpiących zwłoki sprawach?

CZYTAJ DALEJ

80. rocznica zbrodni katyńskiej w Wieluniu

2020-09-20 22:38

[ TEMATY ]

zbrodnia katyńska

Wieluń

Zofia Białas

W niedzielę 20 września w Wieluniu odbyły się obchody 80. rocznicy zbrodni katyńskiej.

Bohaterem uroczystości był kpt. Stanisław Mikulski (1890 – 1940), komisarz Straży Granicznej w Inspektoracie nr 13 w Wieluniu, zamordowany w Katyniu w kwietniu 1940 r., jeden z 2700 osób zidentyfikowanych przez Niemców wiosną 1943 r. spośród ekshumowanych 4400 ofiar, wpisany do niemieckiego raportu dziennego z 6 lipca 1943 r. jako kapitan rezerwy piechoty Wojska Polskiego, podkomisarz Straży Granicznej Wieluń – ofiara zbrodni sowieckiej pod numerem 04130 na liście ekshumowanych.

Zobacz zdjęcia: 80. rocznica zbrodni katyńskiej w Wieluniu

Wieluńskie obchody 80. rocznicy zbrodni katyńskiej rozpoczęła Msza św. w kościele św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, sprawowana w intencji kapitana i innych zamordowanych w czasie II wojny światowej strażników granicznych oraz wszystkich zamordowanych w Katyniu.

Homilię wygłosił ks. Adam Sołtysiak, proboszcz parafii św. Józefa. Motywem przewodnim były słowa zaczerpnięte z Księgi proroka Izajasza: „Czyż matka może zapomnieć o swoim dziecku?” z transpozycją na słowa: czyż Polacy mogą zapomnieć o Katyniu, synonimie kainowej zbrodni? Kapłan rozpoczął homilię słowami wiersza Jana Górca-Rosińskiego „Katyń”: „W czyje sumienie/ Wpisano te groby/ Czyje usta/ Zakneblowano milczeniem/ Czyją pamięć/ Zalano wapnem/ mordercy w słońcu/ niewinni/ nam zostało/ tylko epitafium”, a zakończył cytatem z wiersza Mariana Hemara pod tym samym tytułem: Tej nocy zgładzono Wolność/ W katyńskim lesie.../ Zdradzieckim strzałem w czaszkę/ Pokwitowano Wrzesień. (...) Tej nocy zgładzono Prawdę/ W katyńskim lesie,/ Bo nawet wiatr, choć był świadkiem,/ Po świecie jej nie rozniesie... (...)/ I tylko p a m i ę ć została/ Po tej katyńskiej nocy.../ Pamięć n i e d a ł a się zgładzić,/ Nie chciała ulec przemocy/ I woła o sprawiedliwość/ I prawdę po świecie niesie –/ Prawdę o jeńców tysiącach/ Zgładzonych w katyńskim lesie.

– Pamięć o Katyniu nie dała się zgładzić. Pielęgnowały ją przez lata rodziny zamordowanych oficerów w kraju i na obczyźnie oraz komunistyczni opozycjoniści. Pamiętamy również my, dlatego dziś tu jesteśmy i modlimy się za tych, których zamordowano zdradzieckim strzałem w tył głowy w 1940 r. w Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Charkowie i Twerze – powiedział ks. Sołtysiak.

Po Eucharystii poczty sztandarowe i pozostali uczestnicy udali się na plac Jagielloński, gdzie odbyła się dalsza część uroczystości. Rozpoczęła się ona wciągnięciem flagi państwowej na maszt i odśpiewaniem „Mazurka Dąbrowskiego”. W obecności wnuka zamordowanego w Katyniu Stanisława Mikulskiego i jego małżonki (przyjechali spod granicy z obwodem kaliningradzkim) został posadzony „Dąb Pamięci” i odsłonięty głaz z tablicą memoratywną, powstałą w ramach ogólnopolskiego projektu „Katyń – ocalić od zapomnienia”, upamiętniającą zamordowanego w Katyniu komisarza SG Stanisława Mikulskiego. Głaz dzień wcześniej wkopali przedstawiciele Stowarzyszenia Historycznego „Bataliony Obrony Narodowej”, Powiatowej Rady Działalności Pożytku Publicznego i Urzędu Miejskiego.

Wartę honorową przy głazie pełnili żołnierze z 15. Sieradzkiej Brygady Wsparcia Dowodzenia, Nadwiślański Oddział Straży Granicznej i Stowarzyszenie Historyczne „Bataliony Obrony Narodowej”. Ceremoniał wojskowy prowadził mjr Bogumił Tobiasz z 15. Sieradzkiej Brygady Wsparcia Dowodzenia.

Podczas uroczystości odczytano apel pamięci, żołnierze oddali salwę honorową, a pod głazem złożono biało-czerwone wiązanki kwiatów.

Elementem towarzyszącym uroczystości była dystrybucja bezpłatnej publikacji Instytutu Pamięci Narodowej autorstwa dr. Ksawerego Jasiaka pt. „Ofiara Zbrodni Katyńskiej kpt. Stanisław Mikulski ps. Schwarzberg komisarz Straży Granicznej (1890 – 1940)”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję