Reklama

Strach na Szwedów

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Władek Strach był najodważniejszym chłopcem w całej XVII-wiecznej Częstochowie. W ogóle tamtejszy ród Strachów, wbrew temu, co sugerowałoby nazwisko, słynął z wszelkiej maści śmiałków. Strachowie spod Częstochowy nie bali się ciężkiej pracy i w pocie czoła, dzielnie uprawiali rolę. Wywodzącym się z tego rodu kupcom niestraszne były dalekie, niebezpieczne podróże, z których przywozili rzadkie towary do swoich małych sklepików. Kilku Strachów zasłynęło również w polskim wojsku jako najprawdziwsi bohaterowie i liczbę tych ostatnich właśnie Władek Strach chciał powiększyć w przyszłości o swoją skromną osobę. Zostać bohaterem na polu bitwy – oto, co było jego największym marzeniem! Prócz tego chłopiec miał jeszcze jedno pragnienie. Władek był jedynakiem i bardzo chciał mieć brata. Wiedział, że dzień, w którym wyczekiwany przez niego braciszek pojawi się na świecie, będzie najpiękniejszym w jego młodziutkim życiu. I dzień ten nadszedł 8 listopada 1655 r., czyli niemal dokładnie w dziesiąte urodziny Władzia. Bo Władek przyszedł na świat 14 listopada 1645 r. Na chrzcie świętym, którego udzielił mu w jasnogórskim klasztorze o. Augustyn Kordecki, otrzymał imię po księciu Władysławie Opolczyku, który to cudowny jasnogórski obraz Matki Bożej ofiarował częstochowskim paulinom. Ech! Historia cudownego obrazu była jedną z jego ukochanych. Otóż legenda mówiła, że Maryję z małym Jezuskiem na ręku miał namalować sam św. Łukasz Ewangelista, który Matkę Bożą znał osobiście. Ponoć namalował ten wizerunek na blacie cyprysowego stołu, który stał w domu Świętej Rodziny z Nazaretu. Ale ten wspaniały początek historii nie był chyba do końca prawdziwy. Niektórzy ojcowie z klasztoru mówili bowiem, że deska, na której namalowano cudowny wizerunek, wygląda na lipową, a na nią naklejone jest płótno, na którym to dopiero widnieje Matka Boża Częstochowska. Jednak by pocieszyć zasmuconego tym faktem Władka, dodawali, że być może jasnogórski obraz to kopia tego Łukaszowego. Tak czy inaczej, legenda mówiła dalej, że dzieło św. Łukasza, mniej więcej 300 lat po jego powstaniu, trafiło w ręce cesarza Konstantyna, który umieścił je w Konstantynopolu. Obraz już tam miał zasłynąć łaskami, a książę ruski Lew Halicki, usłyszawszy o tych cudach, uprosił cesarza, by podarował mu obraz. Tak Matka Boża trafiła na Ruś. Z Rusi, już za czasów króla Ludwika Węgierskiego, ojca królowej Jadwigi, cudowny wizerunek dostał się w ręce księcia Władysława Opolczyka. Książę wiózł go z Rusi do Opola, gdy nagle konie ciągnące jego powóz zatrzymały się i nie chciały iść dalej. Książę uznał, że to znak, i postanowił, że nie zabierze obrazu do domu, ale odda go do fundowanego przez siebie klasztoru. A tym okazał się wkrótce klasztor sprowadzonych do Częstochowy z Węgier ojców paulinów!

Władek wymyślił, że skoro on nosi imię po księciu opolskim, to jego braciszek otrzyma imię po Lwie Halickim. Ale w języku polskim imię Lew jako takie nie istnieje, natomiast jest imię Leon, które oznacza tyle, co lew właśnie. Więc mały Strach, który przyszedł na świat 8 listopada 1655 r., otrzymał na chrzcie imię Leon (nazwisko Lew Strach brzmiałoby zresztą bardzo dziwnie, prawda?).

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Jednakże dzień narodzin Leonka, koniec końców, nie okazał się aż tak piękny, jak Władzio by tego oczekiwał. Kilka miesięcy wcześniej do Polski wtargnęła potężna armia szwedzka i okrutnie pustoszyła kraj. Jesienią dotarła pod mury Jasnej Góry i w dniu narodzin Leona jej żołnierze po raz pierwszy siłą spróbowali zająć klasztor. W tym samym czasie ojcowie paulini wywieźli cudowny obraz do Lublińca, by ochronić go przed ewentualnym zniszczeniem, a w jego miejsce wstawili kopię.

Wiadomość o wyjeździe „prawdziwej” Matki Bożej Częstochowskiej z miasta bardzo zasmuciła Władka. Poczuł się tak, jakby jego rodzona mama zostawiła go na pastwę Szwedów. – Tak się nie robi, Matko Boża! – szepnął z wyrzutem, patrząc w niebo. Był bowiem przekonany, że wraz z cudownym wizerunkiem ojcowie paulini wywieźli z miasta całą Boską opiekę.

Reklama

Mijały kolejne dni listopada, a w Częstochowie robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. To cud, że jeszcze nas nie podbili! – powtarzał tata Władka, który pomagał o. Kordeckiemu bronić się przed zamorskimi wrogami i dobrze wiedział, jak trudna jest sytuacja Częstochowy. Obrońców Jasnej Góry, w stosunku do morza szwedzkich żołnierzy, była zaledwie garstka. Władzio prosił ojca, by pozwolił mu dołączyć do obrońców klasztoru, ale pan Strach nawet nie chciał o tym słyszeć. Żartował czasem, że jak Władek nie przestanie wracać do tematu, to przebierze go za stracha na Szwedów, w taki sposób, w jaki robi się strachy na wróble, i ustawi go na murach obronnych. Nie wiedział, nieszczęsny, że podsunie tym żartem swemu starszemu synowi bardzo niebezpieczny pomysł.

Nadszedł grudzień, zbliżały się święta Bożego Narodzenia, gdy w czasie szwedzkiego ostrzału wciąż broniącej się Jasnej Góry jedna z kul armatnich przebiła dach domu rodziny Strachów i upadła z impetem tuż obok kołyski Leonka. Mama chłopców zamarła z przerażenia, a Władek zawołał tylko, że trzeba natychmiast wyjąć małego z kołyski. Tata był w tym czasie w klasztorze. Oboje patrzyli na kulę wyczekująco, Leon płakał wystraszony hukiem. W końcu mama podbiegła, wzięła go na ręce, zawołała na Władka i wszyscy czym prędzej wybiegli z domu. Tak jak stali. Mijały jednak minuty, a potem kwadranse, i nic złego się nie działo.

Reklama

Dzień później wieść o tym zdarzeniu obiegła miasto. To prawdziwy cud! – powtarzali wszyscy. Zresztą w te grudniowe dni o cudach mówiło się w Częstochowie dużo. I to wcale nie o tych dawnych, ale o tych, które miały się dziać w czasie obrony klasztoru. Szwedzi opowiadali np., że widzieli, jak wystrzelone przez nich kule odbijają się jak o niewidzialny, gruby mur i do nich wracają. Niektórzy z Polaków mówili też, że widują na murach klasztoru starca ubranego w białe szaty, który nie jest żadnym ze znanych im paulinów i który bez cienia strachu spaceruje wzdłuż wałów obronnych, odważnie przyglądając się Szwedom. Chodziły również słuchy o tajemniczej kobiecie o groźnej twarzy, odzianej w niebieski płaszcz, która chroniła klasztor przed atakami najeźdźców.

Mimo że ani Leonkowi, ani jego kołysce, ani chatce rodziny Strachów nic się nie stało wskutek uderzenia w dach armatniej kuli, Władek uznał, że nie może dłużej być po prostu chłopcem. Postanowił wydorośleć w ciągu jednej minuty, mocą swej własnej decyzji o dorośnięciu, i walczyć ze Szwedami osobiście. Po swojemu! Doszedł do wniosku, że skoro tajemniczemu starcowi i kobiecie w niebieskim płaszczu nie dzieje się nic złego w deszczu szwedzkich kul, to musi ich chronić wewnętrzna wielka odwaga i siła ducha. (Przecież Matka Boża Częstochowska została wywieziona do Lublińca, zatem to na pewno nie Ona ich osłaniała!). A takie rzeczy Władek także w sobie miał. W każdym razie wydawało mu się, że ma, więc mógłby pójść śladem tych dwojga. Pamiętał też, że kobieta w niebieskim płaszczu miała srogi wyraz twarzy. A on też przecież potrafił taki przybrać. No i nie zapomniał, bynajmniej, o żartach taty, który mówił, że przebierze Władzia za stracha na Szwedów...

Reklama

Dzień przed Wigilią Władek był gotów do swojej misji. Miał słomiany, nieco postrzępiony już, kapelusz, znalazł w starej skrzyni pamiętające jeszcze pewnie czasy zwycięstwa Polaków pod Chocimiem, zniszczone, zbyt duże na niego ubrania i opanował do perfekcji sztukę robienia przerażających min. Każdą z nich – i to kilkakrotnie – przećwiczył na dzieciach z sąsiedztwa. I mimo tego, że od szwedzkiej strony dobiegały do niego bardzo niepokojące świsty, huki i inne nieprzyjazne dźwięki, szedł odziany w strój stracha na wróble z niewzruszoną pewnością, że zdoła przegonić Szwedów jeszcze przed Wigilią i „wywalczyć” Częstochowie pełne pokoju święta Bożego Narodzenia.

Reklama

Pierwsza przeszkoda w jego misji pojawiła się, gdy tylko doszedł do muru. Otóż był on tak oblodzony, że nie sposób byłoby spacerować po jego grzbiecie. Chwycił więc dłońmi za w miarę wolne od lodu fragmenty, wystawił buzię w kierunku szwedzkich wojsk i wyszczerzył groźnie zęby. Prócz tego, że usłyszał za sobą rozpaczliwe polskie głosy, nawołujące go do natychmiastowego odejścia od muru, nic się nie wydarzyło. Szwedzka armia ani drgnęła. Władek zmarszczył więc dodatkowo groźnie brwi, ściągając je tak mocno, że rozbolało go czoło. Ale to też nic nie dało. Wówczas usłyszał wystrzał. Zaraz po nim głosy krzyczące: Dziecko, padnij na ziemię! Później świst przecinanego powietrza, a po nim drugi i trzeci huk, i następne świsty i krzyki. A po nich jego oczom ukazała się kula. Taka sama jak ta, która spadła tuż przy kołysce Leona. Zamiast uciekać Władzio znieruchomiał jak wielki lodowy sopel. Był pewien, że kula ta za moment rozgniecie go jak muchę. I wtedy zobaczył przed sobą czyjąś wyciągniętą rękę, która szykowała się do odbicia kuli niby piłki do zabawy. Kula nie dotknęła tej ręki, zatrzymała się na krótki moment w powietrzu i zmieniła kierunek. Wróciła do Szwedów. Wstrząśnięty chłopiec spojrzał w lewo, bo ręka pojawiła się z jego lewej strony. Obok niego stała kobieta w niebieskim płaszczu. Uśmiechnęła się do Władka i powiedziała głosem tak spokojnym, jakby wokół nie strzelano z armat: – Wcale was nie opuściłam. A potem zniknęła. Tak po prostu. Chłopiec obejrzał się za siebie. Ojcowie paulini i pomagający im mężczyźni wpatrywali się we Władka z otwartymi ustami. – Widzieliście ją? – zawołał Władek. – To chyba ta kobieta, o której mówią Szwedzi! Ojcowie padli na kolana, mocząc je w świeżym śniegu, jeden z nich wzniósł ręce ku górze i powiedział: – Dzięki Ci, Pani! Chwilę później podszedł do przebranego za stracha na wróble chłopca i zabrał go do klasztoru. – Matka Boża uratowała ci życie, chłopcze – powiedział. – Nigdy więcej nie rób takich rzeczy. Co ci przyszło do głowy, żeby stawać przy murze?! Władek opowiedział wtedy paulinowi o swoim pomyśle na walkę z najeźdźcami, o żartach taty i o tym, że bardzo chciał pomóc obrońcom Jasnej Góry. I wywalczyć dla mieszkańców miasta spokojne święta. – Jeśli tak bardzo chcesz z nami walczyć – zaczął zakonnik – to powiem ci, jak to robić. Chwycił Władzia za rękę i zaprowadził go do kaplicy, w której w miejscu Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej widniała teraz jego kopia. – Uklęknij tutaj, przed tym obrazem – polecił chłopcu paulin – i módl się, by Maryja wyjednała nam ocalenie. Modlitwa, mój drogi, to broń silniejsza od wszystkich szwedzkich armat, tylko nie można się zniechęcać. Trzeba na niej trwać.

W dzień Wigilii Szwedzi zdwoili atak na klasztor. Ostrzał był tak intensywny, że pękła im armata oblężnicza. Jednak widząc, że walczą z tajemniczymi siłami z nieba, jeszcze w czasie świąt Bożego Narodzenia zaczęli negocjować warunki opuszczenia Częstochowy. 27 grudnia zamorscy najeźdźcy zwinęli swe oblężenie. Władek klęczał w tym czasie przed kopią Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wpatrywał się w Jej oblicze i nagle wydało mu się ono dziwnie znajome. Gdzie ja widziałem tę twarz? – pytał sam siebie w duchu. A ponieważ nie znajdował odpowiedzi, zapytał o to Maryję; – Matko Boża, gdzie ja widziałem taką twarz jak Twoja? I wtedy w jego pamięci pojawiła się kobieta w niebieskim płaszczu. Ta sama, która przy murze obronnym uratowała go przed armatnią kulą. – Wcale was nie opuściłam – rozbrzmiał też w jego wspomnieniu Jej głos. Władzio zerwał się z wrażenia na równe nogi. – To byłaś Ty, Maryjo?! – zawołał głośno, a echo jego słów odbiło się od ściany świątyni. Spojrzał jeszcze raz na kopię Cudownego Obrazu i przez chwilę wydawało mu się, że Matka Boża uśmiecha się do niego, jakby potwierdzała jego odkrycie.

– A kto tu tak krzyczy? – usłyszał za sobą męski baryton. Odwrócił się i zobaczył za sobą o. Augustyna Kordeckiego. – A, to nasz Strach na Szwedów! – roześmiał się zakonnik. – Przyszedłem podziękować Matce Bożej, że nas ocaliła – powiedział. – A jak już podziękuję i trochę odpocznę, to spiszę, co się tutaj wydarzyło w czasie tego szwedzkiego oblężenia. Napiszę o wszystkich cudach! Władka wyraźnie zainteresowały słowa o. Kordeckiego. – A napisze ojciec o tym, jak kula armatnia upadła obok kołyski mojego braciszka i nikomu nic się nie stało? – zapytał odważnie. – Ależ oczywiście – zapewnił dzielny paulin. I wiecie co? Dotrzymał słowa! W swym „Pamiętniku oblężenia Częstochowy”, którego treść zachowała się do dziś, opisał nie tylko cud ocalenia przed kulą armatnią dziecka w kołysce, ale i całe mnóstwo innych cudownych interwencji Maryi i starca w białych szatach. A kto był tym starcem? Tego spróbujcie dowiedzieć się już sami!

2018-12-18 10:59

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Polska pielgrzymuje na Jasną Górę – pierwszy wakacyjny szczyt

2026-07-10 20:25

[ TEMATY ]

Jasna Góra

#Pielgrzymka

Karol Porwich/Niedziela

Pielgrzymi są świadectwem wiary, wyruszają na pątniczy szlak, by pokazać żywy Kościół, proszą w intencjach Ojczyzny, rodziny i pokoju na świecie.

Już we wtorek, 14 lipca, na Jasnej Górze rozpocznie się pierwszy wakacyjny szczyt pielgrzymkowy, związany ze wspomnieniem NMP z Góry Karmel. Rozpocznie go wejście Pieszej Pielgrzymki z Piotrkowa Trybunalskiego (14 VII). Dwie duże diecezjalne kompanie: przemyska i poznańska dotrą, w środę, 15 VII.
CZYTAJ DALEJ

Zapomniany patron leśników

Niedziela zamojsko-lubaczowska 40/2009

wikipedia.org

św. Jan Gwalbert

św. Jan Gwalbert

Kto jest patronem leśników? Pewien niemal jestem, że mało kto zna właściwą odpowiedź na to pytanie. Zapewne wymieniano by postaci św. Franciszka, św. Huberta. A tymczasem już od ponad pół wieku patronem tym jest św. Jan Gwalbert, o czym - przekonany jestem, nawet wielu leśników nie wie. Bo czy widział ktoś kiedyś w lesie, czy gdziekolwiek indziej jego figurkę, obraz itd.? Szczerze wątpię.

Urodził się w 995 r. (wg innej wersji w 1000 r.) w arystokratycznej rodzinie we Florencji. Podczas wojny między miastami został zabity jego brat Ugo. Zgodnie z panującym wówczas zwyczajem Jan winien pomścić śmierć brata. I rzeczywiście chwycił za miecz i tropił mordercę. Dopadł go przy gospodzie w Wielki Piątek. Ten jednak błagał go o przebaczenie, żałując swego czynu i zaklinając Jana, by go oszczędził. Rozłożył ręce jak Chrystus na krzyżu. Jan opuścił miecz i powiedział: „Idź w pokoju, gdzie chcesz; niech ci Bóg przebaczy i ja ci przebaczam” (według innej wersji wziął go nawet do swego domu w miejsce zabitego brata). Kiedy modlił się w pobliskim kościółku przemówił do niego Chrystus słowami: „Ponieważ przebaczyłeś swojemu wrogowi, pójdź za Mną”. Mimo protestów rodziny, zwłaszcza swojego ojca, wstąpił do klasztoru benedyktynów. Nie zagrzał tu jednak długo miejsca. Podjął walkę z symonią, co nie spodobało się jego przełożonym. Wystąpił z klasztoru i usunął się na ubocze. Osiadł w lasach w Vallombrosa (Vallis Umbrosae - Cienista Dolina) zbudował tam klasztor i założył zakon, którego członkowie są nazywani wallombrozjanami. Mnisi ci, wierni przesłaniu „ora et labora”, żyli bardzo skromnie, modląc się i sadząc las. Poznawali prawa rządzące życiem lasu, troszczyli się o drzewa, ptaki i zwierzęta leśne. Las dla św. Jana Gwalberta był przebogatą księgą, rozczytywał się w niej, w każdym drzewie, zwierzęciu, ptaku, roślinie widział ukrytą mądrość Boga Stwórcy i Jego dobroć. Jan Gwalbert zmarł 12 lipca 1073 r. w Passigniano pod Florencją. Kanonizowany został w 1193 r. przez papieża Celestyna III, a w 1951 r. ogłoszony przez papieża Piusa XII patronem ludzi lasu. Historia nadała mu także tytuł „bohater przebaczenia” ze względu na wielkie miłosierdzie, jakim się wykazał. Założony przez niego zakon istnieje do dzisiaj. Według jego zasad żyje około 100 zakonników w ośmiu klasztorach we Włoszech, Brazylii oraz Indiach. Jana Paweł II przypominał postać Jana Gwalberta. W 1987 r. w Dolomitach odprawił Mszę św. dla leśników przed kościółkiem Matki Bożej Śnieżnej. Mówił wówczas: „Jan Gwalbert (...) wraz ze swymi współbraćmi poświęcił się w leśnym zaciszu Apeninów Toskańskich modlitwie i sadzeniu lasów. Oddając się tej pracy, uczniowie św. Jana Gwalberta poznawali prawa rządzące życiem i wzrostem lasu. W czasach, kiedy nie istniała jeszcze żadna norma dotycząca leśnictwa, zakonnicy z Vallombrosa, pracując cierpliwie i wytrwale, odnajdywali właściwe metody pomnażania leśnych bogactw”. Papież Polak wspominał św. Jana także w 1999 r. przy okazji obchodów 1000-lecia urodzin świętego. Mimo to jego postać zdaje się nie być powszechnie znana. Warto to zmienić. Emerytowany profesor Uniwersytetu Przyrodniczego im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu, leśnik i autor wspaniałych książek na temat kulturotwórczej roli lasu, Jerzy Wiśniewski, od wielu już lat apeluje i do leśników i do Episkopatu o godne uczczenie tego właściwego patrona ludzi lasu. Solidaryzując się z apelem zacnego profesora przytoczę jego słowa: „Warto by na rozstajach dróg, w rodzimych borach i lasach stawiano nie tylko kapliczki poświęcone patronowi myśliwych, ale także nieznanemu patronowi leśników. Będą to miejsca należnego kultu, a także podziękowania za pracę w lesie, który jest boskim dziełem stworzenia. A kiedy nadejdą ciemne chmury związane z pracą codzienną, reorganizacjami, bezrobociem, będzie można zawsze prosić o pomoc i wsparcie św. Jana Gwalberta, któremu losy leśników nie są obce”.
CZYTAJ DALEJ

Borgo Laudato si’ – piękno Boga w harmonii człowieka i natury

2026-07-10 19:28

[ TEMATY ]

Castel Gandolfo

Papież Leon XIV

Borgo Laudato si’

@Vatican Media

Papież Leon XIV w Borgo Laudato si’

Papież Leon XIV w Borgo Laudato si’

Borgo Laudato si’, teren o powierzchni 55 hektarów, należący niegdyś do Pałaców Papieskich w Castel Gandolfo, współtworzą Centrum Wyższej Formacji Laudato si’ oraz system rolniczy oparty na zasadach ekologii integralnej.

Współistnienie w harmonii rzeczywistości takich jak: duchowość, natura, historia, sztuka, praca i technologia - to idea Borgo Laudato si’, miejsca bliskości i wspólnoty. Zostało zainaugurowane 5 września 2025 r. przez Leona XIV. Jest inicjatywą stworzoną jako model zrównoważonego rozwoju środowiska i przykład gospodarki o obiegu zamkniętym, zainspirowaną encykliką papieża Franciszka z 2015 r.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję