Reklama

Komentarze

5 pytań do… pana Marka Gróbarczyka, Ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej

Prezentujemy wywiad Piotra Grzybowskiego z Panem Markiem Gróbarczykiem, Ministrem Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

[ TEMATY ]

polityka

gospodarka

5 pytań do...

Andrzej Haber, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi

Piotr Grzybowski: Misją Ministerstwa jest odbudowa polskiego przemysłu stoczniowego. Na jakim etapie jest obecnie?

Marek Gróbarczyk: Jest to jeden z filarów ministerstwa, dlatego też kiedy tworzyliśmy obszary zarządzania podkreślaliśmy, że na pierwszym miejscu jest przemysł stoczniowy, bo on jest siłą napędową gospodarki morskiej i ma kluczowe znaczenie i wpływ na rozwój tej branży. W związku z tym przystąpiliśmy do projektu i programu odbudowy tego przemysłu. On na początku składał się z ustawy, która została przygotowana na tę okoliczność, tj. Ustawa o Przemyśle Stoczniowym i Przemysłach Komplementarnych, ze względu na to, że po latach rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego straciliśmy przede wszystkim cały łańcuch dostawców i producentów, którzy dostarczali podzespoły do statków.
Co gorsza, straciliśmy cały zasób związany z obszarem projektowania i konstrukcji jednostek. W związku z tym mieliśmy za zadanie stworzenie podłoża pod kątem własnej odbudowy zakresów, które straciliśmy. Drugim etapem była konsolidacja przemysłu stoczniowego, ponieważ znajdował się pod wieloma, wieloma ministerstwami, a przede wszystkim różnymi agencjami , które niejednokrotnie nie miały nic wspólnego z branżą morska, jak chociażby Stocznia Szczecińska, która znajdowała się w funduszu Silesia, koncentrującym się na przemyśle wydobywczym.
Drugim elementem była więc konsolidacja w tym zakresie. Jak się okazało, wymagało to i wymaga cały czas pracy, ponieważ fundusze, które zarządzały tymi aktywami znajdują się na rynku publicznym. To są fundusze inwestycyjne, wiec podlegają przede wszystkim oddziaływaniu rynkowemu. W związku z tym decyzja o powstaniu aktywów państwowych i utworzenia nadzoru właścicielskiego w MGMiŻŚ daje nam podstawę do ostatecznego połączenia stoczni. W pierwszej kolejności dostaliśmy pod jurysdykcję Stocznię Szczecińską, stocznię Gryfia w Szczecinie. Natomiast stocznia Nauta, stocznia marynarki wojennej i stocznia Gdańska są na etapie, który obecnie procedujemy. Niestety, w związku z Covidem19, ten termin nam się wydłużył, natomiast jednoznacznie chcemy dopiąć proces ich przejmowania. Stan funkcjonowania przemysłu stoczniowego jaki zastaliśmy, a do jakiego doprowadziły reformy wprowadzane przez poprzednie rządy, był fatalny. Stąd dążenie, aby połączyć aktywa, przede wszystkim żeby podstawowe narzędzia które znajdują się w stoczniach, a wiec doki wróciły z powrotem do stoczni. To jest element niezwykle istotny.
Trzeci element, to bezwzględnie restrukturyzacja finansowa, ponieważ jesteśmy pod bardzo czujnym okiem Komisji Europejskiej, która nie będzie miała żadnych skrupułów, aby zlikwidować nasze stocznie, czy dokończyć proces zaczęty za Platformy Obywatelskiej. W związku z tym jest niezwykle trudne budowanie wszelkich projekcji finansowych, jeśli mamy tak duże zobowiązania z poprzednich lat. Restrukturyzacja finansowa jest najistotniejszym elementem, który jest obecnie prowadzony. W chwili obecnej w najtrudniejszej sytuacji znajduje się stocznia Nauta, która historycznie miała bardzo dużo zobowiązań, a teraz znajduje się w procesie postępowania układowego.
Mamy nadzieję, że właśnie ta restrukturyzacja pozwoli jej wrócić na rynek i odgrywać rolę taką, jaką odgrywała , czyli podstawowym elementem będzie tutaj cały obszar remontów, czy budowy i remontów jednostek wojskowych. Docelowo chcemy stworzyć duży holding stoczniowy, za przykładem tego, co się obecnie dzieje na świecie, czyli przede wszystkim w stoczniach dalekowschodnich i w stoczniach niemieckich, bo tam następuje łączenie podmiotów.
Bezwzględnie większe szanse mają większe organizmy w sytuacji, w jakiej znajduje się świat. Wiemy, że mamy obecnie spadek blisko 70 % zamówień na nowe jednostki , 50% na remonty , wiec to jest bardzo trudny rok, w którym musimy przetrwać właśnie poprzez stworzenie koncentracji.

Głośno w mediach o podjętej także jako zobowiązanie wyborcze przez Pana Prezydenta Andrzeja Dudy inwestycji na Mierzei Wiślanej. Po co Polsce ta inwestycja?

To przede wszystkim dwa aspekty. Pierwszy, chyba najważniejszy to bezpieczeństwo, ponieważ jest to wschodnia granica Polski, Unii Europejskiej i NATO, która nie jest w żaden sposób zarządzana przez państwo polskie. Każda decyzja o wpłynięciu na Zalew Wiślany podlega weryfikacji i decyzji Moskwy. To jest rzecz niedopuszczalna w zakresie wszelkiego rodzaju bezpieczeństwa, nie tylko militarnego, ale ekonomicznego, społecznego. Dlatego też otwarcie Zalewu Wiślanego jest elementem suwerenności, czyli swobodnego wykorzystania tego akwenu do naszych celów.
Z drugiej strony to aspekt gospodarczy - domknięcie nowo budowanej drogi via Carpatia i oferta skierowana przede wszystkim do krajów znajdujących się na wschodzie Europy, które dramatycznie poszukują obecnie dywersyfikacji dróg transportowych. Port w Elblągu, który jest właśnie portem konkurencyjnym pod kątem cenowym, dający ofertę akceptowalną dla zupełnie nowych klientów i nowych towarów.
Nie jest to żadna konkurencja dla dużych polskich portów, ponieważ potencjalni klienci portu po prostu nie są w stanie skorzystać z istniejących portów, bo są zbyt drogie i przeładowują zbyt skumulowany ładunek. Dlatego też budowanie w oparciu o towary drobnicowe, masowe czy towary wielkogabarytowe, ale o zupełnie innych stawkach dzierżawnych, to jest oferta, którą kierujemy dla naszych wschodnich sąsiadów, ale i dla całej Polski wschodniej .
To jest port bałtycki mający znaczenie lokalne i umacniający województwa polski wschodniej o możliwości swobodnego kontaktu i wymiany towaru.

2020-06-13 09:00

Ocena: +3 -2

Reklama

Wybrane dla Ciebie

5 pytań do… Pana Ambasadora Tomasza Orłowskiego

2020-08-07 10:43

[ TEMATY ]

5 pytań do...

Materiał Prasowy

Ambasador Tomasz Orłowski

Piotr Grzybowski: W międzywojniu mieliśmy „Przepisy protokolarne, etykietalne i ceremonialne”. Czy właśnie one stały się podstawą stworzenia polskiego protokołu dyplomatycznego?

Tomasz Orłowski: Przepisy, które zostały spisane w okresie międzywojennym przez ambasadora Stefana Przezdzieckiego są jednym ze źródeł polskiego obowiązującego protokołu dyplomatycznego. Można powiedzieć, że po pierwsze: przepisy protokolarne, ceremonialne, etykietalne, które zostały spisane, w jakiejś (chociaż nie olbrzymiej) części nawiązywały do tradycji jeszcze starszej, czyli można by było szukać odległych wzorów w okresie jeszcze I RP. Mogę np. powiedzieć, że ceremonia wręczania przez ambasadorów listów uwierzytelniających w okresie międzywojennym, która się odbywała po roku 1926 na Zamku Królewskim. Otóż ta ceremonia w bardzo dużej mierze przejmowała zapisy dotyczące XVIII wiecznej ceremonii wręczenia listów przez ambasadorów, czy też posłów królowi na tymże Zamku Królewskim. Można powiedzieć, że zachowały się zapisy przechodzenia dokładnie tą samą drogą, przez te same komnaty, z oczekującymi osobistościami w każdej z komnat jak to było w ceremoniale XVIII- wiecznym. Druga rzecz - protokół dyplomatyczny był kształtowany również przez wzorce międzynarodowe, czyli obce. Stefan Przezdziecki korzystał z wielu praktyk francuskich (w tamtych czasach to było jedno z nielicznych w Europie państw republikańskich), plus pewnych doświadczeń wyniesionych z dworów: czy to rosyjskiego, czy austro-węgierskiego. Przykładowo: polski protokół dyplomatyczny posługiwał się w okresie międzywojennym tzw. zbiorem kurtuazji dworu wiedeńskiego. Kurtuazją nazywano tytulatury, które się stosowało w korespondencji z głowami państw obcych. Jest zachowany w Archiwum Akt Nowych cały zestaw kurtuazji dawnego Ministerstwa C. K. z Wiednia, który był używany przez Polski protokół dyplomatyczny. Zatem mogę powiedzieć, że w ten sposób pewne rzeczy zostały przeniesione do współczesności. Gwoli może zupełnie drobniutkiego przykładu: w precedencji stanowisk kierowniczych, która została ustalona w okresie międzywojennym (oczywiście nie można było się doszukiwać wzorów I RP, która była monarchią, państwem stanowym, a zatem inne były nazwy najwyższych stanowisk) np. kolejność biskupów, którzy występowali podczas uroczystości publicznych była wyznaczona przez datę erygowania diecezji, czyli pochodziła jeszcze z czasów I RP. To jest jakby stan, w którym przyszło nam żyć w okresie współczesnym. Ten spis, który został stworzony w okresie międzywojennym, został zaadaptowany po wojnie w 1945 roku przez Adama Gubrynowicza, który był pracownikiem protokołu dyplomatycznego przed wojną, również na potrzeby państwa, które się odrodziło po II wojnie światowej. Mogę powiedzieć, że te przepisy w dużej mierze (ale oczywiście nie całkowicie) korzystały w kontaktach z obcym korpusem dyplomatycznym.

PG: Protokół dyplomatyczny owiany jest nimbem tajemniczości. Czy jednak, wbrew rozpowszechnianej opinii, nie utrudnia lecz ułatwia życie, dając rozwiązania wielu sytuacji nietypowych i trudnych?

TO: Są jakby dwie strony użyteczności protokołu dyplomatycznego. Pierwsza (i wydaje mi się, że ważniejsza) odpowiada pojęciu międzynarodowo zrozumiałego kodu uprzejmości. Taka jest definicja, która została stworzona jeszcze w XIX wieku przez Paula Praider-Fodéré, autora słynnego francuskiego podręcznika prawa międzynarodowego. Otóż my chcemy, dzięki formułom protokolarnym, wyrazić naszym partnerom i państwom, które reprezentują ci partnerzy, z którymi się spotykamy, pełen szacunek im należny, a w konsekwencji tworzyć warunki, w których będzie nasz rozmówca dobrze do nas dysponowany, bo jak dobrze wiemy - każdy lubi być potraktowany z szacunkiem, każdy lubi napotkać osobę, która jest wobec niego grzeczna, zatem to jest pierwszy wymiar. My możemy, dzięki protokołowi, w dosyć standardowy sposób w świecie zróżnicowanym kulturowo wyrazić szacunek wobec naszego partnera, a to jest bardzo ważne. Natomiast druga rzecz, to oczywiście możliwość wychodzenia z sytuacji, które bywają trudne, niezręczne. Rzeczywiście dzięki protokołowi można ,powiedziałbym, ograniczyć wszystkie niedogodność, które się wiążą z błędem.

PG: Czym różni się protokół dyplomatyczny i savoir vivre ? Czy jest dla każdego i pomoże nie popełniać gaf?

TO: Są to pojęcia, które się nakładają na siebie. Oczywiście protokół dyplomatyczny przede wszystkim określa stosunki pomiędzy państwami i ich oficjalnymi przedstawicielami. Zatem jakby to już jest zawężenie do pewnej dziedziny. Z drugiej strony, w protokole dyplomatycznym poza formami zachowania (czyli w jaki sposób rozmawiamy, witamy, przyjmujemy, gościmy), które są rzeczywiście formami dobrego wychowania savoir- vivre, protokół dyplomatyczny posiada inne sfery, w których musi działać, jak choćby precedencja państwowa - czyli wyznaczenia kolejności stanowisk kierowniczych w państwie, jak choćby etykieta flagowa - czyli w jakiej kolejności, w jakim porządku należy wywieszać flagi. Muszę powiedzieć, że i jedna, i druga dziedzina są niezwykle wrażliwe i bardzo często spotykamy się z pytaniami, czy właściwie zostały ułożone flagi, czy też nie. Często spotyka się nawet w prasie jakieś kąśliwe uwagi, że nastąpiła prawdopodobnie pomyłka w ustawieniu flag itd. Przyznam tutaj, że czasem to zwracanie uwagi na pomyłki wcale nie jest prawdziwe. Podam przykład: otóż my w Polsce przyjęliśmy zwyczaj - w momencie, kiedy pałac Belwederski przestał być rezydencją, w której mieszka prezydent RP, że mogą mieszkać w nim głowy państw zaproszonych z wizytą oficjalną do Polski. Jak państwo wiedzą, na Belwederze zawsze powiewa flaga biało- czerwona, ale w momencie, kiedy zamieszkuje tam obca głowa państwa (pamiętam, że pierwszą obcą głową państwa, która mieszkała w Belwederze była królowa Elżbieta II, zatem wtedy na Belwederze wisiała flaga brytyjska), powiewa flaga danego państwa. Otóż proszę sobie wyobrazić, że któregoś razu była z wizytą w Polsce pani prezydent Indonezji. Wszyscy raczej wiedzą, że Indonezja posiada dokładnie te same kolory flagi, co Polska, tylko w odwróconym porządku, czyli na górze czerwony, na dole biały. Kiedy wywieszono flagę indonezyjską na Belwederze, w Protokole Dyplomatycznym odezwały się niezliczone telefony protestujących obywateli Warszawy, jaki to popełniono skandaliczny błąd i okazano brak szacunku dla flagi narodowej, że pomylono kolory. Podaję ten przykład, jak nie zawsze wiedza idzie w parze z doświadczeniem protokołu.

PG: Czy istnieją duże różnice pomiędzy współcześnie stosowanymi protokołami dyplomatycznymi ?

Zawsze są różnice. Istnieje jakby sfera wspólna, która pozwala nam rozumieć pewien gest. Jeśli zapraszamy obcego gościa, to w naszym interesie leży, żeby on dobrze zrozumiał, co chcemy pewnym gestem jemu przekazać. Z tego punktu widzenia istnieje cała sfera wspólna protokołu. Z drugiej strony istnieje wszystko, co jest związane z własną tradycją narodową, historyczną, z przynależnością do pewnego kręgu kulturowego, czy wyznaniowego i to powoduje, że każdy kraj ma oczywiście swoją różnorodność. Przykładowo taka ceremonia, jak składanie listów uwierzytelniających głowie państwa przez ambasadorów obcych państw, która jest rozpoczęciem misji ambasadorskiej w obcym kraju, czy przy organizacji międzynarodowej, odbywa się we wszystkich państwach świata. Nie sądzę jednak, że istnieją dwa kraje, w których jest identyczna; mogą być podobne, mogą mieć wiele punktów wspólnych, są rzeczy, natomiast zawsze przebiegają w sposób nieco inny. Mogę powiedzieć - jako były szef protokołu, wprowadzający często ambasadorów do prezydenta właśnie na ceremonię złożenia listów uwierzytelniających, ale później - jako ambasador sam składający listy obcym głowom państw - mogę zatem powiedzieć, że za każdym razem mamy do czynienia z drobnymi różnicami. To nie muszą być zasadnicze różnice, jakie np. dotyczą ceremoniału królewskiego, jak w Londynie, gdzie dwór królewski wysyła powozy po ambasadora, natomiast różnice pomiędzy Polską i Francją, czy Polską i Niemcami są już bardzo ograniczone w przebiegu ceremonii, ale jednak są. Obowiązuje inny ubiór, inaczej oddawane są honory wojskowe, jest odgrywany lub też nie hymn narodowy państwa, którego ambasador składa listy.

PG: Polska stała się miejscem organizacji wielu spotkań na najwyższym szczeblu . Ostatnio byliśmy świadkami zaprzysiężenia Prezydenta Andrzeja Dudy. Czy możemy poprosić o komentarz i jakieś ciekawostki odnośnie realizacji protokołu dyplomatycznego przy okazji organizacji tego typu wydarzeń?

TO: Oczywiście, bardzo różne ceremonie miałem okazję, a czasem przywilej organizować. Niektóre polegały również na tym, że były to ceremonie jednorazowe, które nie miały wzoru do bezpośredniego zastosowania. Kiedy mówimy np. o ceremonii zaprzysiężenia głowy państwa, to w Polsce po roku 1990, kiedy został przywrócony urząd prezydenta RP. Ceremonia wiążąca się z inauguracją mandatu prezydenckiego była bardzo ograniczona, dlatego że składało się na nią zaprzysiężenie w Sejmie, a później przejęcie obowiązków zwierzchnika sił zbrojnych w trakcie uroczystości wojskowej - i to wszystko. W 2005 roku ustępujący prezydent Aleksander Kwaśniewski, w porozumieniu z prezydentem elektem- Lechem Kaczyńskim zdecydowali, że ta uroczystość powinna być bardziej wzniosła, bardziej widoczna, mniej prawnicza (bo zaprzysiężenie w Sejmie ma przede wszystkim walor prawa, od tego momentu Prezydent urzęduje), żeby nadać temu coś, co będzie odnosiło się trochę do naszej przeszłości, do dziejów. Z polecenia obu prezydentów miałem możliwość przygotować taką ceremonię, w trakcie której prezydent odbierał - i teraz każdy kolejny prezydent odbiera - insygnia najwyższych odznaczeń polskich, którymi jest udekorowany z tytułu swojego wyboru, plus uroczystość o charakterze religijnym, czyli mszę za Ojczyznę. Obecnie elementem tej uroczystości jest również zejście do krypty prezydentów II RP i oddanie hołdu znajdującym się tam albo grobom, albo grobom symbolicznym trzech prezydentów Polski międzywojennej. Miałem okazję opracować scenariusz tych ceremonii i jestem bardzo dumny z tego, że ta forma miała już miejsce trzykrotnie, a zatem została przyjęta jako element naszej tożsamości państwowej i narodowej. Oczywiście, są z drugiej strony uroczystości wyjątkowe, bo jednorazowe. Taką dla mnie była niezwykle poważna, dużo bardziej wymagająca przygotowania w skrajnie krótkim czasie i w poczuciu wielkich emocji przeżywanych przez cały naród , uroczystość żałobna Lecha i Marii Kaczyńskich w Krakowie, którą ja organizowałem. Postanowiłem w ewidentny sposób nawiązać do przebiegu pogrzebu marszałka Piłsudskiego. Nie jest to kwestia żadnych porównań osób. Mogę powiedzieć natomiast, że niektóre porównywane zdjęcia obu ceremonii są uderzające w pewnych podobieństwach. Znowu posłużenia się pewnym wzorem, który pozwala uszanować naszą tożsamość, naszą przeszłość, pozwala trwać i podkreślać ciągłość. Myślę, że w odniesieniu do państwa, ciągłość jest kwestią niezwykle istotną i ta ciągłość również przedstawia się za pomocą takich symboli jak przebieg uroczystości. Poza uroczystościami jednorazowymi, bardzo liczne były wizyty głów państw obcych, niektóre bardzo dla mnie interesujące, choćby ze względu na przybywanie gości z odległych kręgów kulturowych. Jako przykład szczególnych przedsięwzięć przytoczę np. wizytę króla Arabii Saudyjskiej. Jak wiadomo, muzułmanie mają 5 obowiązkowych modlitw dziennie. Te modlitwy to nie jest tylko kwestia ich pobożności, że mogą się pomodlić kiedy chcą, ale są obowiązkowo wyznaczone przez kalendarz księżycowy godziny modlitw i każdego dnia przypadają one w innym czasie. W związku z tym pouczono mnie, że w internecie znajduje się taki kalendarz na każdy dzień, gdzie są wskazane godziny. Muszę powiedzieć, że było olbrzymią łamigłówką zrobienie programu wizyty, który musiałby być przerywany w nierównych godzinach (czyli to nie jest kwestia, że 12.00, tylko tak, jak wypada w tymże kalendarzu księżycowym). Trzeba było się na to szykować, po czym, kiedy już wszystko było przygotowane, szef protokołu saudyjskiego – z czego byłem niezwykle zadowolony, powiedział mi: „ale wiesz, nam w podróży wolno nie przestrzegać tych godzin” (trochę tak, jak my mamy w podróży możliwość zawieszenia wymogu postu, jakieś podobieństwo w tym jest). Okazało się, że wbrew takiemu wizerunkowi islamu, który jest strasznie zasadniczy i sztywny, istnieje możliwość tego rodzaju harmonijnego podejścia. To jest dla mnie kwintesencją protokołu.

CZYTAJ DALEJ

Dom św. Maksymiliana

2020-08-12 08:36

Niedziela łódzka 33/2020, str. I

[ TEMATY ]

św. Maksymilian Kolbe

Ks. Paweł Gabara

Obraz św. o. Maksymiliana Marii Kolbego

Wyobraźmy sobie świat w roku 1894: dynamiczny rozwój przemysłu, postęp techniczny, kapitalizm. Polski nie ma na mapach świata. Jednak właśnie w niej przychodzi na świat Rajmund Kolbe.

Jak czytamy w akcie urodzenia późniejszego świętego: „Działo się to w mieście Zduńska Wola 8 stycznia 1894 roku o godzinie 4 po południu. Stawił się osobiście: Juliusz Kolbe, lat dwadzieścia trzy, z zawodu tkacz, zamieszkały w Zduńskiej Woli, w obecności Leopolda Lange (...) i Franciszka Dąbrowskiego (...) z zawodu tkaczy. Okazali nam dziecko płci męskiej, oświadczając, że urodziło się ono we wsi Zduńska Wola, w dniu dzisiejszym, o godzinie 1 w nocy z jego ślubnej małżonki, Marianny z Dąbrowskich, lat dwadzieścia trzy. Dziecku na chrzcie w dniu dzisiejszym nadano imię Rajmund (...)” (pisownia oryginalna).

Boże małżeństwo

Matka o. Maksymiliana, Marianna, przeszła długą drogę do małżeństwa. Jako młoda panienka wszem i wobec ogłaszała, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Marzyła o klasztorze, chcąc realizować powołanie zakonne w zgromadzeniu sióstr felicjanek. Ponieważ jednak była córką tkacza, nie stać jej było na wiano, które powinna wnieść do zgromadzenia. Swoje powołanie zrealizuje jednak w późniejszym czasie, gdy odchowawszy dzieci zamieszka w wymarzonym zgromadzeniu jako tercjanka rezydentka.

W wieku 21 lat Marianna wyszła za mąż za Juliusza Kolbego, który podobnie jak jej ojciec zajmował się tkactwem. Juliusz Kolbe pochodził z rodziny katolickiej i był człowiekiem o żarliwej wierze. On również odczuwał w młodości powołanie zakonne, ostatecznie wybrał jednak franciszkański zakon świecki. „Dobrali się z Marią wspaniale. Ta sama żarliwa wiara, te same marzenia o życiu zakonnym, ta sama wrażliwość franciszkańska. Juliusza opisywano jako wysokiego blondyna, który nie pił i nie palił. Wyglądał na milczka. Pasował do kobiety, która chciała prowadzić dom po swojemu”.

Jak bardzo oderwany od dzisiejszej rzeczywistości jest ten obraz. Dwoje ludzi, którzy, rezygnując z powołania zakonnego, nie rezygnują z ideałów zakonnych – żyją w ubóstwie, wstępują do zakonu świeckiego, wspierają siebie nawzajem w wierze. Taki dom może rodzić tylko święte dzieci.

Rajmund był ich drugim synem, urodzonym 2 lata po pierworodnym Franciszku. Kiedy dokładnie urodził się o. Maksymilian – nie wiadomo; podana w akcie urodzenia data 8 stycznia mogła być datą z kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w zaborze rosyjskim i nie powtarza się ona w innych dokumentach, które podają zazwyczaj datę 7 lub 6 stycznia. Postulator beatyfikacyjny ostatecznie rozstrzygnął tę kwestię, przedstawiając metrykę urodzenia o. Kolbego, która podaje datę 27 grudnia 1893 według kalendarza juliańskiego, według gregoriańskiego – 8 stycznia 1894 r. i ta data uznawana jest oficjalną.

Sam o. Maksymilian nigdy jednak nie dowiedział się, kiedy właściwie przyszedł na świat. Wiadome było natomiast, gdzie – w Zduńskiej Woli, w domu przy ul. Browarnej. Dom, zniszczony podczas I wojny światowej, zrekonstruowano na tej samej ulicy, która obecnie ma za patrona św. Maksymiliana. W domu mieści się muzeum poświęcone świętemu.

„Ciężka praca i głębokie, wszechogarniające życie religijne – tak można by w największym skrócie scharakteryzować atmosferę domu rodzinnego Kolbów. Pracowano od 6 rano do 8 wieczorem, z przerwą półgodzinną na śniadanie, 1-godzinną na obiad i 15-minutową na podwieczorek, czyli ponad 10 godzin dziennie. Małżonkowie – oboje tercjarze franciszkańscy – żyli w wierności, miłości i zgodzie. Juliusz nie palił i nie pił. Całe mieszkanie składało się z jednej izby. Znajdował się tu ołtarzyk Matki Boskiej Częstochowskiej, przed którym paliła się lampa olejna”.

Z powodu złej sytuacji materialnej rodzina Kolbów zmuszona jest opuścić Zduńską Wolę. Mieszkają jakiś czas w Łodzi, gdzie Juliusz pracuje w fabryce, a w roku 1896 przenoszą się do Pabianic. To w tym mieście założą warsztat tkacki, a Rajmund przyjmie I Komunię św. To także tu, w kościele św. Mateusza, w życiu Rajmunda po raz pierwszy tak wyraźnie objawi się Maryja Niepokalana. Zanim to jednak nastąpiło, w jego życiu namiesza pewien aptekarz.

Nauka i powołanie

Kiedy Rajmund Kolbe miał 9 lat, chętnie pomagał matce we wszystkich pracach. Marianna Kolbe, oprócz pracy w sklepie, asystowała przy porodach, używając naparów z ziół do okładów. Kiedy zabrakło jej kozieradki, wysłała syna do apteki, prosząc, aby przyniósł jej foenum-graecum. Rajmund pobiegł do znanej w Pabianicach apteki pana Kotowskiego. Kiedy bezbłędnie wyrecytował łacińską nazwę zioła, pan Kotowski wpadł w osłupienie. Dowiedziawszy się, że chłopiec uczy się łaciny u proboszcza parafii św. Mateusza, zachwycony bystrością umysłu Rajmunda, obiecał dawać mu korepetycje.

Dlaczego w życiu Rajmunda sytuacja z kozieradką i korepetycje z łaciny okazały się tak ważne? W tym samym roku, ale nieco wcześniej, państwo Kolbowie podjęli decyzję, że ich starszy syn, Franciszek, zostanie księdzem. Gotowi na wszelkie wyrzeczenia, byle umożliwić mu naukę w seminarium, rodzice zrezygnowali z kształcenia Rajmunda, planując dla niego karierę sklepikarza lub tkacza. Kiedy zaś pan Kotowski wziął go pod opiekę, nie tylko kształcąc, ale opłacając koszty edukacji, Rajmund mógł po roku dołączyć do brata w szkole handlowej.

Św. Maksymilian urodził się w Zduńskiej Woli.

Po tym przełomie kolejny miał miejsce w roku 1907. Wtedy to do Pabianic przybyło dwóch franciszkanów: o. Peregryn Haczela, prowincjał franciszkanów ze Lwowa, wraz ze współbratem. Przyjechali oni głosić misje w okresie wielkanocnym. Prócz odnowy wiary w parafianach misjonarze mieli jeszcze jeden cel: zapewnić zakonowi napływ nowych sił. Z tego względu o. Haczela bez wahania ogłosił z ambony, że kolegium franciszkańskie we Lwowie przyjmuje nowych chłopców gotowych poświęcić życie służbie zakonnej. To ogłoszenie znalazło podatny grunt w sercach Franciszka i Rajmunda Kolbów. Od urodzenia zanurzeni w duchowości franciszkańskiej chłopcy usłyszeli głos Boga, wzywający ich do życia zakonnego.

Franciszkanie nie przyjęli ich jednak natychmiast – przeor nakazał im wpierw ukończyć szkołę handlową i wraz z rodzicami przygotowywać się przez rok do dalekiej podróży do Lwowa. Uszczęśliwieni rodzice, we współpracy z proboszczem i panem Kotowskim, zaczęli budować grunt pod wielką wyprawę synów i wysłanie ich w świat, drogą powołania.

Powyższy tekst w nieco innej wersji ukazał się w „Głosie Maksymiliana” (nr 1/2015), piśmie parafii św. Maksymilina Marii Kolbego w Pabianicach.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: Niezwykła pamiątka Cudu nad Wisłą w kaplicy w Castel Gandolfo

2020-08-14 09:52

[ TEMATY ]

sztuka

Watykan

Castel Gandolfo

adoyle / Foter.com / CC BY

W kaplicy papieskiej rezydencji w Castel Gandolfo pod Rzymem, zamienionej ostatnio na muzeum można zobaczyć fresk przedstawiający symboliczne wydarzenie Cudu nad Wisłą ­- bitwę pod Ossowem z centralną postacią księdza Ignacego Skorupki z krzyżem w ręce. W piątek, 14 sierpnia, mija sto lat od bitwy pod Ossowem.

Malowidło ścienne wykonał w 1933 roku Jan Henryk Rosen (1891-1982) na prośbę papieża Piusa XI, którego osobista historia i posługa były w niezwykły sposób związane z pierwszymi latami niepodległości Polski.

Późniejszy papież, Achille Ratti został mianowany w kwietniu 1918 roku przez Benedykta XV wizytatorem apostolskim w Polsce i na Litwie. W czerwcu 1919 roku, ponad pół roku po odzyskaniu niepodległości przez Polskę arcybiskup Ratti został nuncjuszem apostolskim w Warszawie.

Podczas Bitwy Warszawskiej w 1920 roku abp Ratti, jako jeden z dwóch przedstawicieli dyplomatycznych innych państw, obok ambasadora Turcji, pozostał w stolicy i nie wyjechał z zagrożonego miasta w obliczu ofensywy Armii Czerwonej.

Historycy podkreślają, że nuncjusz jako naoczny świadek tych dramatycznych wydarzeń, zakończonych polskim zwycięstwem nad nacierającymi Sowietami rozumiał jego znaczenie i wpływ na losy Europy.

W uznaniu dla jego postawy, uznanej za heroizm oraz dowód wielkiego przywiązania do Polski, kardynał Achille Ratti został odznaczony Orderem Orła Białego nadanym mu przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego 2 lutego 1922 roku. Cztery dni później purpurat został wybrany na konklawe i jako papież przyjął imię Piusa XI.

O talencie młodego malarza z Warszawy Jana Henryka Rosena opowiedział papieżowi podczas wizyty w Watykanie zwierzchnik archidiecezji ormiańskokatolickiej we Lwowie arcybiskup Józef Teodorowicz, który zlecił mu wykonanie fresków w swojej świątyni.

Pius XI, który jako biskup Rzymu dalej czuł się bardzo związany z Polską i był nawet nazywany przez Polaków „polskim papieżem” postanowił zaprosić Rosena. Powierzył mu wyjątkowe zadanie: wykonania dwóch malowideł w kaplicy letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Papież poprosił artystę o to, aby jego prace w tym szczególnym miejscu miały wymowę chrześcijańską i zarazem historyczną.

Rosen namalował w 1933 roku dwa freski. Przedstawiają one księdza przeora Augustyna Kordeckiego podczas obrony Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego w 1655 roku i księdza Ignacego Skorupkę z wysoko podniesionym w górę krzyżem na czele żołnierzy polskich podczas walk z Armią Czerwoną w 1920 r.

Artysta pracował nad malowidłami rok i to pod czujnym, jak relacjonują historycy, okiem samego papieża.

Bohaterem fresku upamiętniającego Cud nad Wisłą Rosen uczynił urodzonego w 1893 roku w Warszawie księdza Ignacego Skorupkę, który był kapelanem 236. ochotniczego pułku piechoty, złożonego przede wszystkim z gimnazjalistów i studentów. Ten młody ksiądz ochotniczo wstąpił do wojska na wiadomość o tym, że Warszawa jest zagrożona przez bolszewików. Ze swoim oddziałem stacjonował na Pradze. 13 sierpnia 1920 roku wyruszył z koszar na front; przez Ząbki i Rembertów przedostał się do Ossowa. Przyłączył się do bitwy, w której zginął 14 sierpnia ranny od strzału w głowę.

Śmierć 27-letniego kapłana, który według przekazów trzymał do ostatniej chwili życia krzyż w ręku, stała się jednym z symboli Bitwy Warszawskiej.

O nadzwyczajnej pamiątce w kaplicy w Castel Gandolfo przypominał Jan Paweł II, który wiele czasu spędzał w tej rezydencji.

Podczas pielgrzymki do Polski 13 czerwca 1999 roku powiedział w trakcie Liturgii Słowa na warszawskiej Pradze po wizycie w Radzyminie: „Nie mógłbym stąd odjechać, nie wspominając jeszcze jednego ważnego szczegółu. Wielu Polaków przyjeżdża do Rzymu, niektórzy odwiedzają też Castel Gandolfo. Kiedy znajdą się w kaplicy domowej w tej rezydencji papieża, o dziwo, spotkają się tam z freskami na ścianach bocznej kaplicy, upamiętniającymi dwa wydarzenia z dziejów naszych, polskich”.

„Pierwszy- mówił- to Obrona Jasnej Góry, a drugi to Cud nad Wisłą. Jak się to stało, jak do tego doszło? Otóż te malowidła kazał w kaplicy w Castel Gandolfo wymalować Papież Pius XI, który podczas Bitwy Warszawskiej w 1920 roku był nuncjuszem apostolskim w Warszawie”.

„Ta jego decyzja, jego inicjatywa sprawiła, że papież Polak zastał tam w swej kaplicy dzieje swojego narodu, a w szczególności wydarzenia tak bardzo mi bliskie, bo – jak już powiedziałem w Radzyminie – właśnie wtedy, w 1920 r., gdy bolszewicy szli na Warszawę, wtedy się urodziłem”- dodał Jan Paweł II.

Podkreślił również: „Wobec tych, którzy polegli w bitwie o Warszawę, w Cudzie nad Wisłą, zaciągnąłem szczególny dług wdzięczności. I to chciałem wam powiedzieć, a raczej wyznać tu właśnie, w waszej nowej diecezji warszawsko-praskiej, gdzie znajduje się Radzymin i gdzie ślady tego olbrzymiego wysiłku żołnierzy, oficerów, generałów, marszałka, wszystko to razem jest tam wpisane w te mogiły, które po nich pozostały”.

Z Rzymu Sylwia Wysocka(PAP)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję